Nocna Masakra Długie 19-20.12.2009

dsc00124 W zimowy weekend, jeden z ostatnich w tym roku, na pograniczu województw lubuskiego, zachodniopomorskiego i wielkopolskiego, odbył się ósmy Nocny Ekstremalny Rajd na Orientację „Nocna Masakra” zaliczany do Pucharu Polski w tej dyscyplinie. Decyzja o moim starcie w tym maratonie dojrzewała w drugiej połowie roku, posmak prawdziwie ekstremalnej imprezy, namowy Burzy i Darka miały w tym swój udział. Wizja jazdy we trzech przez zimową, mroźną i z tych powodów niebezpieczną noc, i ratowania sobie życia w razie potrzeby działała uspokajająco. Dodatkowo, po ponad 3000 km wszelkiego rodzaju maratonów przejechanych w tym roku, Masakra była dobrą motywacją, by nie kończyć sezonu na Harpaganie, a jeszcze dwa miesiące aktywnie powalczyć o jak najpowolniejszy spadek formy. Tylko treningu na dwucyfrowym mrozie i w śniegu zabrakło, więc niepewność pozostała aż do startu.

Do miejscowości Długie (tak jak i długi jest ten opis), gdzie znajdowała się baza Masakry dotarłem już w piątek. Burza i Darek zrezygnowali z już ustalonego wspólnego startu, z czego Darek w ostatniej chwili, jednak mi wcale nie chciało się odpuszczać ;) Dojazd mroźnymi  pociągami miał swoje zalety; w pierwszym – do Warszawy – miła niespodzianka, przejazd okazał się darmowy jako rekompensata podróży na końcu wagonu w mrozie. W drugim składzie zapadający w pamięć widok śniegu padającego do środka pociągu, tuż obok mojego siedziska na podłodze. Do bazy w Długiem z dworca w Dobiegniewie jest 10km, ale okazuje się że w tym rejonie kraju (zresztą odwiedzanym przeze mnie pierwszy raz w życiu) jest sporo mniej śniegu niż „u nas”, da się jechać, główna droga na Gorzów jest czarna. Po drodze tankuję do baku dwa Żubry, bo organizatorzy straszą, że w zimie wszystkie sklepy w miejscowości turystycznej Długie są pozamykane na cztery spusty ;) Start w sobotę o 16:30, także przygotowania na luzie, sporo czasu na pogawędki, a wspólnota orientalistów jest zawsze bardzo towarzyska. Około północy z piątku na sobotę czas zapadać w sen, po dłuższym posiedzeniu z (nowopoznanym) Kitą i Wikim, oraz piwem. Okazuje się że jako jedyny rowerzysta zajmuję miejsce w głównym lokalu dwupokojowego ośrodka Cadet (położonego nad samym jeziorem). Za to mam ciepłe miejsce przy kominku :) Wkrótce okaże się, że liczba zawodników w tym roku jeszcze bardziej niż się teraz wydaje przekroczy pojemność ośrodka.

dsc00086Rano, już od piątej w bazie wzbiera harmider. To piesi szykujący się na swoją trasę. Przez ćwierćsen odczuwam jak ochoczo i nieustannie zajmują się dwoma czajnikami znajdującymi się na stole tuż obok mojego legowiska. Kiedy wyruszają o 7:30, spokój nie nadchodzi. Daniel Śmieja i jego bardzo sympatyczna siostra nie zwalniają tempa, konsultacje organizacyjne trwają. Około 9 budzą się inni, pierwszy na „dołek” przychodzi Wiki. Leniwe śniadanie, wizyty w śpiworze, o 13 wyjazd do Dobiegniewa na zakupy – trzeba dokupić picia i batonów. Zadziwiająco ciepło! W niepełnym jeszcze, założonym tylko na szybki wyskok na miasto rynsztunku, mimo spokojnej jazdy, wracam zgrzany. Ale to pewnie wina słońca, lub krótkiego czasu wystawienia na mróz..?

Odpoczynek, drzemka po trasie, zalegiwanie w śpiworze w kąciku przy kominku. Spokojnie trzeba zabierać się za przygotowania, montaż mapnika, oświetlenia, przemyślane ubranie się i wypakowanie z plecaka tego, co nie będzie potrzebne na trasie. Nieco ślamazarnie mi to idzie, ale nie ma problemu, wolę wyjechać spokojnie, swoim tempem i trasą. Udaje się załączyć data loggera, zaskoczy mnie pozytywnie tym, że wytrzyma z powodzeniem i zanotuje przebieg całej, 15-godzinnej trasy.

dsc00096Łukasz Drażan proponuje startować do punktu nr 2, jednak wolę pojechać pętlę w drugą stronę, co implikuje atak na punkt szósty. Niestety wychodzi z tym sporo zamieszania. Mapa zgięta w newralgicznym miejscu powoduje, że skręcam przedwcześnie w las, w poszukiwaniu góry, na której szczycie na być PK. Teraz wszystko jest jasne, jak na dłoni widać błędy na trasie obejrzanej na Google Earth, ale w nocy z roweru wcale nie jest to takie oczywiste ;) . Błądzenie po wszystkim, co wydaje się być wzniesieniem, utrata czołówki i upadek okularów w śnieg… Czyli pełna ślepota, wizja klęski i powrotu do bazy – nie widać ani licznika ani mapy. Staram się odtworzyć trasę pieszą w poszukiwaniu zguby, jednak błądzę. Z opresji wybawia mnie pieszy, który spadając z nieba pyta mnie, czy nie zgubiłem może czołówki, niosąc ją przed sobą… Jestem uratowany, postanawiam porzucić już ten punkt, pomny klęski na jesiennym Harpaganie, gdzie dwóch punktów szukałem po 2-3 godziny, zamiast odpuścić wcześniej i ruszyć w dalszą trasę. Jadę mniej więcej na azymut w kierunku południowym, bo mapa pokazuje tam asfalt. Nieoczekiwanie na drodze, przy  jakimś zakręcie widzę kilku rowerzystów i stojące rowery. Tak, to jest właśnie podnóże szukanej (i już skreślonej przeze mnie) góry! Zostawiam rower i wbiegam pod górę, starając się kierować ciągle w tą stronę, gdzie jest wyżej. PK 6 – Szczyt górki zostaje odnaleziony o godzinie 17:34.

dsc00105Udaje się mimo ciemności zbiec na drogę jakieś 100m od miejsca, gdzie pozostawiłem rower. Nie wytrzymuję i zdejmuję czapkę, której posiadanie wydawało się oczywistością. Jest za gorąco! Wspaniały wynalazek, jakim okazuje się cienka w sumie kominiarka (z wycięciem na twarz) od Darka, rewolucjonizuje moje samopoczucie i ma wpływ na wytworzenie wrażenia, że zimna wcale nie ma. Drugą niewątpliwie mocną częścią stroju są znalezione w szafie spodnie z polarem, za bodaj 30zł z Kawaleryjskiej. Pod to długie spodnie rowerowe, a na SPDach nowe ocieplacze neoprenowe. Góra to zwykły cywilny zestaw - polar plus kurtka. Kapota i kamizelka Mazovii do końca ciążą nieużywane w plecaku. Na ręce dobre rękawiczki, a na prawej – nowy nabytek. Kompas naręczny. Jak dla mnie - nowa jakość MTBO. Pełna jasność co do kierunku jazdy, bez potrzeby zatrzymywania się i wyciągania kompasu z kieszeni, ustalania się igły i pakowania go z powrotem. W każdej chwili można skontrolować poprawność bieżącego kierunku jazdy.

dsc00114Z PK 6 postanawiam jechać bez kombinacji, na wschód do szosy, mimo że droga okazuje się brukowana. Nie jest to przyjemna nawierzchnia. Ciągła obawa o rozkręcenie się mapnika, do czego dochodzi możliwość złapania niestabilności na granicy bruku i pobocza. Nie ma się co rozpędzać. O dziwo, kiedy zerkam czasem na pulsometr, wyjaśnia się zagadka, skąd to odczuwane zmęczenie. Tętno nie chce schodzić poniżej 170 przy wolnej, jak by się mogło wydawać, jeździe. Nie warto się od razu ukatrupiać, więc staram się utrzymywać rozsądnie forsowne tempo. Gdzieś z tyłu jedzie dwójka rowerzystów. Bruk się ciągnie, ale wreszcie wyjeżdżam na asfalt. Okazuje się że jestem spocony, ale głoszone przez wielu obawy, że jest coś, do czego w mrozie absolutnie nie można dopuścić, nie znajdują w moim przypadku potwierdzenia. Po prostu w niczym to nie przeszkadza. Drugie odkrycie, nagłe, dodatkowo generuje obawy, że jednak ten komfort i ciepło ustanie i przyjdzie w końcu zamarznąć. Na kurtce spostrzegam biały fartuch o promieniu około 10cm. To osadzający się na ubraniu wokół twarzy i natychmiast zamarzający oddech. No ale nic, jedzie się dalej, zobaczymy jak to będzie. W końcu w takim mrozie (później się okaże, że od -15 do -18) jeździłem może pojedyncze razy w życiu, a i to po maksymalnie dwie godziny, podmarzając przy tym całkiem dotkliwie.

Asfaltem na południe docieram do Kleśna, skąd równą kostką dojeżdżam do przedmieść Drezdenka. Po drodze mijam parę zawodników, a po przekroczeniu torów wyskakuje przede mną z bocznej drogi grupka około 7 rowerzystów. Niezłe tempo, więc jadę za nimi, raz tylko przystając na kontrolę mapy. Wdrapujemy się po śliskich schodach na mniej więcej połowę wiaduktu kolejowego – jest to PK 14 – Most nad Notecią (18:54). Powrót do Drezdenka tą samą trasą, skąd odnajduję na mapie ciekawy wariant dojazdu do Trójki – szutrem przez Starobielicki Bór. Zapewne to szutr – bo jedzie się po białym ;) ale jest bardzo przyjemnie, popadam w ekstazę i wyciągam komóracza. Zdobyte dwa punkty, samodzielna kontrola trasy, jest zadziwiająco komfortowo ciepło, no i dobrze sie jedzie. Asfalt, wieś Drawiny, po której zaplanowałem sobie wariant trasy, którym mam nadzieję dojechać prosto na PK3. Mapę mam okazję spokojnie postudiować, bo napotykam zamknięty szlaban na oświetlonym przejeździe kolejowym. Niestety, to co staje się moim głównym problemem tego rajdu – to nie zawsze dokładne odmierzanie odległości „na oko”. I tak postęp, innych błędów tym razem raczej nie robię, zaskakująca niespodzianka, może to ta koncentracja nocna? A na pewno kompas naręczny oraz chęć zmycia plamy po ostatnim Harpaganie. Ostatecznie nie znajduję więc wąwozu, trochę się kręcę w pobliżu (nie ja jeden zresztą), po czym wierny swej nowej zasadzie – nie szukać za wszelką cenę – odwracam się… W lesie pojawiają się pierwsze podstępne zamarznięte podłużne koleiny. Nieraz na całej trasie wylecę przez nie z roweru, ale najczęściej na czas używając „hamulcy” ;), czasem lądując na dwóch nogach, raz tylko „upuszczając” rower. Jeden z postojów spożywczych na batona / czekoladę, popijam Hoopa Colę, dobrze idzie, specjalnie zakupiłem coś, co będzie się chciało pić; pomimo przewożenia napojów w plecaku, już widać że do zamarznięcia cieczy niewiele brakuje, a lodowata woda do frykasów by nie należała.

dsc00123Dojeżdżam do drogi prowadzącej na wschód do Przeborowa, skąd jestem już zmuszony jechać nudnym wariantem po szlaku, nadkładając drogi z powodu braku bliższego mostu na Dławie. Doznaję kryzysu, prędkości coraz niższe a zmęczenie wzrasta. Tylko puls nadal pozostaje taki sam – co spojrzę zaniepokojony słabą siłą, to widzę cyfry 1 i 7. No i wżynający się w ramiona i powodujący niewesoły ból karku, absolutnie nie sportowy, wypakowany plecak. Kryzys minie, ale na razie każe zatrzymywać się coraz częściej. Tym razem orzechy w czekoladzie dobyte z mojej spiżarni, przejazd przez most i dziwny widok. Jakiś neonowy Święty Mikołaj w środku lasu? Nie, to choinka ubrana w kolorowe światełka, wieś Linkowo. Na mostku spotykam na oko 10-osobową grupę pieszych zawodników. Choć na mapie szlak rowerowy, to jeden z nich wyraża zdziwienie, że zimą na rowerze się nie jeździ ;) Przez jakieś rozkojarzenie, bądź zbyt dużą liczbę skrzyżowań, zaczynam błądzić i kręcić się wśród gospodarstw jak za Kopiskiem na Zażynku. W końcu udaje się wrócić na szlak, pod koniec wsi Łęczyn. Wraca oznaczenie szlaku, jest w porządku. Swoją drogą, ikony szlaku rowerowego są tutaj inne niż znane mi dotychczas, większe gabarytami. Zerkając dla porządku na kompas, dojeżdżam do szosy nr 22, most na Drawie. Okazuje się że po jego drugiej stronie rozpoczyna się województwo Wielkopolskie :)

Zaraz za mostem trzeba skręcić w prawo. Dopiero od następnego punktu trzymam się zdrowej zasady, by na kilometr – pół km przed punktem, przeczytać jego opis. Punkty są tak rozstawione, że bez opisu raczej nie dałoby się ich odnaleźć. Na mapie widzę skrzyżowanie przecinek. Dopiero później spostrzegam, że to krzyżują się przecinka oraz poziomica. Starając się na skrzyżowaniach leśnych wybierać zawsze tą „bardziej główną drogę” (oznaczoną bodaj A5), docieram do jakiegoś mostku. Tego nie było w planie.. Dobywam wreszcie opisu punktu. Ruiny pałacu. WTF? Jakiego pałacu, w środku lasu?? No więc pewnie na jakimś wzniesieniu, wchodzę na ze dwa, lecz bez skutku. Jadę jeszcze dalej, ale z kolei kończą się ślady. Niby nie przejmuję się nimi, bo i tak przez znaczną część trasy jechałbym tam gdzie jadę, ale tym razem nie brnę dalej, lecz zawracam. Skupiam się za to na czarnobiałych strzałkach, może coś jest na rzeczy, może wskazują jakiś szlak zamków wielkopolskich? Dostrzegam dwie tablice, może z opisem historycznego pałacu? Nie do końca, za to pomiędzy tablicami widać schody :) Ruin coś nie bardzo widać, raptem jeden słupek – chyba pozostałość po bramie, jednak zgodnie z opisem punktu, trzeba znaleźć drzewo w najwyższym punkcie. Trochę przeciskania się po krzakach, i szybko znajduję drzewo wytapetowane kartką i dziurkaczem – PK 13 (22:31). Ech, no tak, tylko że nie zabrałem ze sobą karty startowej. Została na dole z rowerem, w mapniku. OK., wracam, jednak mistyczne to przeżycie. Udaje się zejść do drogi, jednak roweru nie widać. Po krótkim powrocie widzę migające tylne światełko. Biorę kartę i dziurkuję na górze. Ostateczny powrót na dół okazuje się podróżą przez dziki las. O ile wejście było w miarę przestronne, to teraz przebijam się przez krzaki i konary. Trochę czasu zajmuję powrót na drogę, całe szczęście że na tą właściwą! Trochę dłuższy podbieg w poszukiwaniu roweru, ale w końcu można zasłużenie pojeść i popić. Niezłe podgrzanie atmosfery i pamiętna nieco oniryczna przygoda.

dsc00128Powrót na dalszą trasę jest tylko jeden, tą samą drogą, mniej więcej w połowie spotykam bodaj jedyny raz na trasie Masakry, samotnego rowerzystę, jadącego w przeciwnym kierunku. Dalej widzę na mapie, że będzie dużo asfaltu. Czemu nie, pasuje :) Jednak o ile pierwsze 4km rzeczywiście stanowi asfalt, to (po krótkim zbłądzeniu aż do mostu na Drawie) reszta okazuje się brukiem. Na ten rodzaj nawierzchni narzekam najbardziej. Pod koniec trasy obawy okażą się zasadne, jako że utracę uczepiony do kierownicy mapnik. Do następnego obranego celu – PK15 wolę dojechać bezpiecznie. Prawidłowo odmierzam odległość do miejsca, gdzie od bruku odbija leśny szutr. Duża to ulga, komfort jazdy taką drogą uskrzydla. Choć nadal – jak i na całej Masakrze – prędkość z dwójką z przodu to rzadko osiągalny rodzynek. Chyba jednak twardniejące smary i mroźne powietrze robią swoje. PK 15 – skrzyżowanie przecinek znajduję o 23:46. A konkretnie – drzewo ok. 5m na E. Rzeczywiście tam jest. Mam 4 punkty, szybki sms z relacją ze sprawowania się Toosh’edLighta, i do przodu. Niedziela za pasem.

Powrót na szutr i prosto na Radęcin. Znowu czerwona droga i znowu jednak nie asfalt, a bruk. Jednak tym razem wyborna sprawa. Wprawdzie kocie łby, ale z szerokim nieutwardzonym poboczem. Nieutwardzonym, czyli przy dzisiejszych warunkach – wygodna biała szosa ;) Porzucam idealne bezpieczeństwo trasy, ścinając dwa kąty proste drogą leśną, z pełnym sukcesem. Przez Piaseczno, w odpowiedniej odległości za zakrętem odbicie w las. Celem jest zdobycie PK8, znajdującego się na skrzyżowaniu przecinek. Skręcam na nie do końca właściwym skrzyżowaniu, nie zrażając się tym, że ślady kół zanikły. Tym razem ratuje mnie nie wiadomo skąd pojawiająca się wielka drużyna może z 10 rowerzystów. Akurat znaleźli punkt, kiedy przejeżdżałem obok, i mógłbym go nie odnaleźć. Okazało się, że znaleziony o 1:06 PK 8 był źle opisany w rozpisce – nie był na drzewie ok. 5m na N, ale SW.

Z perwersyjną ulgą obserwuję że wszyscy zawodnicy odjeżdżają w przeciwnym niż mój – (czyli zachodni) – kierunku. Nie ma to jak samodzielna nawigacja, a nie ciągnięcie się na sznurku :) Przecinką dojeżdżam do skrzyżowania z szerszą drogą. I tutaj udana przeprawa aż do torów, mimo że po drodze jest wiele skrzyżowań, ani razu nie jestem bliski błędu. No ale w końcu na mapie na dojazd ten składają się dwa proste odcinki. Gdzieś po drodze przekraczam setkę. Awaryjna setka w plecaku pozostaje jednak nietknięta ;) Całkiem okazałe na mapie tory, okazują się od dawna nieużywanym reliktem. Choć początkowo zapowiada się mini powtórka z pieszego Ełku – marsz torami, to szybko okazuje się że nic z tego. Na środku spokojnie rosną sobie dostojne choinki. Lepiej już przedzierać się bokami. Czasem jest wydeptana droga, czasem trzeba skakać i szukać przejścia, ale powoli posuwam się do przodu, odłamując sobie jednak błotnik. Trochę to trwa, a przecież to tylko niecały kilometr. W pewnym momencie dochodzę do wniosku że lepiej wejść na tory, które biegną już wysokim wałem. Strome wdrapanie (rower został na dole, tym razem z włączoną lampą na wypadek poszukiwań), może 150 metrów i jest rzeczka – przepust, na dole na SW. Zsuwam się z nasypu, lecz znów bez karty… No nic, i tak musiałbym wrócić po rower, bo trasę kontynuować zamierzam drugą stroną torów. Wdrapywanie się z rowerem na nasyp, a po poprawnym podbiciu karty (PK 9, 2:24) także zejście po drugiej jego stronie, przypomina nieco nachylenia na maratonie w Głuszycy ;) (Stasiej, nie obrażaj najbardziej kultowej górskiej trasy!) 

Ku mojemu zaskoczeniu, po drugiej stronie torów sytuacjadsc00130 z przejezdnością jest o niebo lepsza – jadę żółtym szlakiem wzdłuż jeziora, do szosy która poprowadzi mnie w kierunku następnego PK. Wyjeżdżam u przedmieść Drawna. Równą szosą na zachód, prószy lekki śnieg, środek nocy więc ruch zerowy. Pojawia się drugi kryzys, wchodzą elementy apatii, może to senność puka? Po odnalezieniu następnego punktu objawy te miną bezpowrotnie. Jednak nie będzie to takie łatwe – znów nie do końca dokładne doczytanie mapy i zbyt późne sięgnięcie po opis punktu zwiększają czas potrzebny na odnalezienie PK 12. Długo się kręcę w małym kwadracie lasu między szosą a polną drogą. Na mapie widzę zaznaczony szczyt, więc początkowo biegam w poszukiwaniu górki. Dopiero później doczytuję: skrzyżowanie przecinek, drzewo ok. 5m na NW. Mimo że to narożny kraniec mapy, widać ślady kół. Atakuję z innej strony, zawracam, próbuję na różne sposoby. Wielokrotnie oglądam te same miejsca, obiegając okolice skrzyżowanek w poszukiwaniu oznakowanego drzewa. W końcu rzucam rower i biegam z czołówką. PK 12 znajduję w końcu (o 3:29) w okolicach bardzo niepozornego przecięcia słabo widocznych przecinek.

Włącza się to, co znam z Harpagana – presja czasu i poczucie, że już najwyższy czas przestawić się z trybu poszukiwania na tryb powrotu do bazy. Spóźnienie niweczy przecież wszystkie poprzednie starania i sukcesy nawigacyjne. Do przemierzenia prawie cały zakres mapy w pionie, kiedy nie wiadomo czy nie nastąpi spadek sił życiowych albo pogorszenie nawierzchni czy też zwykłe czasochłonne zabłądzenia. Widzę jednak z mapy, że istnieje całkiem przystępny wariant powrotu na południe, dużo czerwonych dróg, a nawet jeszcze dwa punkty na wyciągnięcie ręki w razie możliwości ;) Wracam do Kiełpina, gdzie widzę człowieka! To chyba jedyny nie-zawodniczy element ludzki jakiego spotykam na trasie Masakry. To też zaleta siarczystego (jak dla niezroweryzowanych) mrozu – brak ludzi, więc i brak zaczepek. Z Kiełpina za torami w prawo, odcinek terenowy z nieodzownymi skostniałymi koleinami, można je polubić bo wymuszają adekwatne wygibasy tudzież kontrolowane zeskoki z roweru. Częsty widok podczas tego dłuższego etapu na południe – wyłaniające się z ostępów lasu pomarańczowe światła latarni następnej wsi, zwykle przy długiej alei wiodącej przez jej centrum. Drugą częścią wspólną owej zachodniej ściany – prawdziwe asfalty kryjące się pod drogami zaznaczonymi na mapie na czerwono.

Przejeżdżam wieś Kołki, w stronę Zieleniewa prowadzi polna droga, która okazuje się jednym z najbardziej technicznych odcinków mojej Masakrycznej trasy. Są tu i koleiny, zdarzają się zamarznięte kałuże. Odnotowuję największe z zakłóceń jazdy, jakimś cudem ląduję na dwóch nogach, ale rower się kładzie, a wraz z nim kładzie się spoiwo głównej lampy. Awaryjnie udaje się przytroczyć prowizorycznie świecącą część lampy do ramy za pomocą rzepa. Prowizorka utrzymuje się do końca, z tym że widzę przed sobą wielki cień przedniego błotnika (niczym dzikiego zwierza), który to od środka podświetlany jest przez lampę;) Wjeżdżam do Zieleniewa, gdzie po raz pierwszy kosztuję sorbetu z Powerade’a. Smakowity i chłodzący to napój. Warto też zawinąć trochę numer startowy, by nie kolidował ze snopem światła lampy na ramie. Następnie zaliczam wsie Pławno i Rębusz, przedzielone białymi strugami asfaltowych pod spodem dróg, rozświetlającymi ciemnię nocy. Za Rębuszem ma się zakończyć ów bajkowy tour, czas więc na postój techniczno – nawigacyjny. Stojąc na początku wsi, przed sobą mam piękny widok szerokiej alei oświetlonej latarniami, zupełnie pustej, a wrażenie czystości potęguje świeży biały śnieg.

Odcinek Rębusz - Górzno zawiera w swoim ciele bonus – PK 11. Warto o niego zahaczyć. Jednak szans swoich nie oceniam wysoko. Trasa wygląda jak plątanina niekoniecznie pasujących do siebie dróg terenowych. Od kiedy lampa nie daje już optymalnych warunków oświetleniowych, spada nieco komfort jazdy leśnej. Wymieniam za to baterie w czołówce. Pozostaje jechać przed siebie, tyle że kontrolując kierunek, ale czy coś z tego będzie, czy też wyjadę zupełnie gdzie indziej – to już nie do zapewnienia. Wjeżdżam jednak w – choć raz – oczekiwany bruk, krótki odcinek ukryty w lesie, z którego odchodzi przecinka kierująca wprost na PK 11 (granica kultur, brzoza ok. 1m od drogi). I choć przecinka nie jest pierwszej klasy, to rzeczywiście wszystko się zgadza, i odległość, i kąty i wreszcie nagła zmiana gatunku drzew z brzóz na iglaki. Cofam się i zatrzymuję przy pierwszej brzozie po prawej (patrząc z południa) stronie drogi. Po „niewidocznej” stronie drzewa istotnie jest zawieszony punkt J Jest 5:39, jeszcze prawie dwie godziny do końca, a suma kratek na mapie wskazuje że zdążę wrócić do bazy z wygodnym zapasem czasu.

dscf0446Dlatego – zakładając że gdzieś się nie pogubię – utwierdzam się w zamyśle zaatakowania jeszcze jednego punktu – o numerze 2. Najpierw jednak docieram do Górzna delikatnym leśnym zjazdem (warto nadmienić, że wysokości trasy nie powalają – rzadko kiedy przekraczając 100m n.p.m.). Tam chyba wyzierało trochę bruku przez wieś, po czym asfaltem do Ogardów. Śnieg jest świeży, więc coraz mniej obawiam się nagłych poślizgów, które aż do końca występują tylko na leśnych koleinach i czasem na krawędziach dróg brukowanych. Choć czujność warto utrzymywać na zapas. Z Ogardów dziwnie bzyczącą drogą (czy to ja mam flaka, czy może obok drogi biegnie linia wysokiego napięcia?), prostą jak od linijki, docieram do widocznej z daleka miejscowości Pielice, robiąc zdjęcie przy ładnie położonym obiekcie sakralnym na końcu wsi. Wyliczam z mapy ile km muszę jechać na południe, by skręcić w lewo na przecinkę wiodącą prosto do punktu 2. Odliczając, mijam kolejne odchodzące w lewo drogi, które kuszą by z nich skorzystać... Wreszcie nie wytrzymuję i wjeżdżam w pierwszą pasującą – jak się zdaje – odległością do estymowanego przedziału. Niestety przedwcześnie.. Niewiele dalej była piękna szeroka droga, a ja brnę w nierówną przecinkę o małej (i malejącej) ilości śladów kół. Dużo z czasem coraz bardziej desperackiego kręcenia się po lesie, próby dopasowania dróg do układu kresek na mapie, oglądanie drzew na skrzyżowaniach (zgodnie z opisem – skrzyżowanie drogi z przecinką, dąb na SW). W końcu muszę odpuścić, wiedząc że zbyt bardzo już zbłądziłem, a dodatkowo czas mocno się zaawansował. Jeszcze kontaktując wracam w ostatni znany punkt, po czym ufając już tylko kompasowi, staram się jakiś przebić kilka km na południe do szosy na Długie, nie wpadając przy tym do jeziora. Już na pewno nie wyrobię się w czasie.

mapaPo kilkunastu minutach nerwówki, na mojej drodze pojawiają się ślady. Nie tylko rowerowe, ale i piesze. Tylko czasu mało.. Jakiś stromy podjazd, kto wie czy nie największy na całej trasie – wtem mapnik postanawia dodać coś od siebie i postanawia odpaść. Pakuję go do plecaka, przy okazji popijam lody, pić chce się jak w lecie. Do mety wszak niedaleko, warto mieć nadzieję, że utrzymując odpowiedni kierunek dojadę do szosy, którą prowadzi prosto do bazy. W międzyczasie budzi się nowy dzień. Brzask odsłania przede mną świat. Okazuje się że jadę przez pole, horyzont się poszerza. Traf chce, że ten ostatni, 2-3 kilometrowy odcinek terenowy, jest najbardziej techniczny na całej trasie. Koleiny dają się ostro we znaki, z jednej strony trzeba cisnąć, by zdążyć na 7:30 na metę, z drugiej prędkość musi umożliwiać szybką reakcję na wykolejenia. Pole nie chce się skończyć, asfalt nie chce się pojawić, choć kompas twierdzi jasno, że powinien. W końcu jest, ale żeby utrudnić sobie sytuację skręcam na Licheń, zamiast na wschód – do bazy. Jednak mapa na widoku przydaje się nawet w banalnych sytuacjach, kiedy już człowiek się do jej obecności przyzwyczai. Szybko koryguję błąd, kilometr szosy o poranku, po czym już szybki zjazd wokół jeziora i prosto do bazy. Melduję się w Cadecie o 7:28. Udało się!

Zmęczenie odreagowuję odkopując swoje biuro (trochę zmienił się mój zakątek w porównaniu ze stanem, w jakim go pozostawiłem) i zatapiając się w jego otchłań. Dobrze że jest Żubrzyk i Masakryczna koszulka do przebrania się. W półśnie dobijam do ceremonii zamknięcia igrzysk, z dogodnego miejsca obserwując dekorację zwycięzców poszczególnych kategorii. Są puchary, a dla wszystkich chętnych spersonalizowane dyplomy produkowane w czasie rzeczywistym. Smakowity makaron z mięsiwem dozowany samoobsługowo wedle woli pomasakrowanych. Po 12 czas wreszcie się zbierać, przebrać i spakować. Wychodzę ostatni. Zasmuca rzekomy brak licznika. Powrót do Dobiegniewa z Mocnym Mazovianinem, piwko, rozmowy, ogrzewany dworzec. Bilet powrotny tani jak barszcz, powrót w warunkach o niebo wygodniejszych niż piątkowe wojaże. Osiągnięte miejsce 19/55 i widoczna (oby nie tylko przejściowa) poprawa zdolności nawigacyjnych napawają chęcią do szerszego uczestnictwa w rajdach na orientację w przyszłym roku.

Komentarze  

 
#3 robbi 2010-01-26 00:17
Stasiej i Darek to wariaci :D brak słów aby wyrazić ich zmiłowanie. A tak na boczku to i Wam Ulciu gorące pozdrowienia, czasem zaglądam na waszą stronkę i czytam ze smakiem ;-). Do zobaczenia / Stasiej opis "gitara" :P
 
 
#2 Ula z Sherpas 2010-01-20 21:04
Przy okazji gratulacje dla Darka - widziałam, że zrobił pieszą setkę na Ełckiej Zmarzlinie! W takich warunkach - jestem pod wrażeniem!
ps. nie mam do niego maila, stąd wpisuje w komentarz
 
 
#1 Ula z Sherpas 2010-01-04 12:43
Po przeczytaniu bardzo ciekawej relacji Stasieja, chciałabym mu jeszcze raz pogratulować wyniku. Brawo! No i świetna relacja - pomimo że tak długa i szczegółowa, to czyta się z przyjemnością, bo napisana z dużym humorem (bo co pozostaje na takiej trasie jak nie humor?), a przed oczami stają te wszystkie leśne, zaśnieżone miejsca! Mam nadzieję, że koledzy, którzy zrezygnowali, teraz żałują tej rowerowej sławy ;-)
Pozdrawiam i do zobaczenia na kolejnych imprezach! Do siego, rowerowego roku - dla całej ekipy PTR-Dojlidy!