MTB Marathon - Murowana Goślina 20.04.2008

normal_dsc_0065 Sobota, późne popołudnie. Około 17 zjeżdżają się do mnie wszyscy zainteresowani wyjazdem na maraton do Murowanej Gośliny. Żeber, Nolo, KrzyśPro i ja, Bresio. Czterech facetów z wielką krzywizną pod sufitem, a może my jej wcale nie mamy? Żeber tak się pakował, że połamał hak przerzutki, kawał blachy, wiertarka, gwintowanie i hak się naprawił. Pakujemy 2 rowery i 8 kół do bagażnika, pozostałe dwa na wyglądający mało stabilnie bagażnik na klapę. Całkiem sprawnie nam poszło, tylko 2,5 godziny :)

Wyjazd ustalony na 2 w nocy. Czy my jesteśmy normalni? Nie, jesteśmy poje...., jak ten niedźwiedź z kawału :) Trzeba by się położyć spać. Plan ambitny, może o 20? Nie, o 20 jest jeszcze z kim pogadać na GG. Dzwoni telefon, Łukasz: „Chodź na piwko”. Tia, na piwko. O 21 już w łóżku. Spać, spać. A gdzie tam spać. Patrze na ten zegarek i tak mija godzina za godziną. Ostatnia jaką pamiętam to 0:30.

Ja pier... co za hałas. Budzik. No tak, godzina spania to i tak za dużo. Prysznic, o 2 przyjeżdżają koledzy, ładujemy się do samochodu i jechać, jechać. Deszcz pada, drogi jakie są każdy wie. Koleiny to ciągnąca się w nieskończoność kałuża. Ciągnie raz w prawo, raz w lewo. A może zawrócić? Twardo jedziemy. Po drodze jakaś kawa itp. i około 9 docieramy na miejsce.

Za dużo ludzi jeszcze nie ma. Pogoda się poprawiła, ale jakoś zimno. Patrzymy w niebo i aż ciężkoNolo uwierzyć, słońce wyszło. Jak ten Grzesiek to robi? Pewnie ma jakieś układy :) Idziemy odebrać numery, przywitać się, rozejrzeć itp. Do numeru gratis, w tym roku skarpety :) zeszłoroczny kubek, mimo że popękał jest lepszy:) Trzeba coś zjeść. Każdy ma swoje ulubione śniadanie przed maratonem. W moim wypadku, kiełbasa. Dobre pół metra :) zjedzone. W między czasie poskładaliśmy rowery. W porównaniu z rowerami kolegów, mój to kawał kloca, ale to nic. Dam radę :) Kilka minut po 10, w radosnych nastrojach udaliśmy się na start, zająć pozycje jak najbliżej taśmy 3 sektora.

Nawet nie ma jak pogadać. Głośnik 2 metry za plecami i bez przerwy ktoś coś opowiada, od rzeczy ale jak to bywa z „gadaczami” nie każdy się do tej roboty nadaje. Z drugiej strony głośno i wyraźnie usłyszeliśmy, że trzeba przejechać przez niebieską bramkę, bo tam są czujniki nowego systemu pomiaru czasu. I dobrze, przynajmniej żaden siusiak się nie będzie dołączał 200 metrów po starcie. Jak zwykle znajdują się „nosiciele”. Brnie taki z rowerem nad głową między ludźmi. A żeby mu nikt miejsca nie zrobił. Niech sobie tak postoi z tym rowerem nad głową przez pół godziny.

Wybiła godzina 11. Z głośników 3, 2, 1, start i.... czołówka ruszyła. My chwile później. Ciasno, ale na asfalcie jakoś jeszcze się jedzie. Za chwilę zakręt, krawężnik, błoto i wyszedł z tego mały zator. Nie wiem jak, ale wyprzedził mnie Nolo i Krzyś. Zdawało mi się, że na starcie stali przede mną. Troszkę piachu i pierwsza gleba. No nie moja. W piachu to ten Pan chyba tylko babki klepał (oj skojarzenia). Nie wiem czemu, wszyscy mnie wyprzedają. 3 kilometr, a ja już mam dość. Troszkę zwolniłem, się wszystko unormowało i jakoś tak dalej poszło. Jadę i się zastanawiam, co ja tu robię? 130 mm skoku z tyłu, 150mm z przodu. Całość waży tyle co mała koparka. Po pierwszym bufecie przestają mnie wyprzedzać. A może tam już nikogo nie ma? Pod górkę, z górki, ale co to za „z górki”, 20 metrów i płasko. Żeby to chociaż jakiś korzeń. Znalazł się w końcu dłuższy zjazd i korzeń był i błotko i w końcu Żeber przez 10 sekund przydało się na coś to całe żelastwo ciągnięte pod tyłkiem. Jakiś czas później podjazd, długi nie był, stromy też nie był, a duża grupa ludzi prowadziła rowery. Twardo, z żółwia ciągnę tą moją maszynę pod górę. Zaraz zjazd i kolejne kilka sekund, w których można wykorzystać ten cały potencjał drzemiący w amortyzatorach. I to chyba dwa najciekawsze momenty tej trasy.

Na liczniku 60 km, a może 70. Słychać z tyłu motocykl. No tak Kaiser mnie dogonił, zanim zdążyłem wjechać na „Giga”. Wlecze się ten motocykl przede mną, śmierdzi, hałasuje. Zwolniłem, niech już sobie jedzie. Dzień wcześniej, jak jeszcze byłem „młody i głupi” zastanawiałem się nad zmianą zadeklarowanego dystansu, zostało przy Giga. O jak mi się chciało skręcić tam gdzie był napis Finisz. Ale klamka już zapadła i trzeba dokręcić te 30 km do mety. I znowu to pole. Już chyba po błocie się przyjemniej jedzie. Gdzieś daleko z przodu jechał ktoś w pomarańczowej kurtce, to go goniłem. Tak się starałem, że dogoniła mnie jakaś starsza pani i na którymś bufecie mi odjechała. Wcześniej, na szczycie jedynej góry zostałem zapewniony, że nie jestem ostatni. Jechały za mną co najmniej 3 osoby. Jacyś nienormalni. 2 godziny później wjechałem na metę.

Jak zwykle wszyscy już tam byli. Krzyś cykną kilka fotek, zjadłem kiełbasę, bo ryżu zabrakło, spakowaliśmy wszystko do samochodu i ruszyliśmy w drogę do domu. To tylko 500km. Około 1 dotarliśmy do Białegostoku. I co, nie jesteśmy poje....?

Wyniki (na ponad 600 startujących):

MEGA 69 km

  • 1     Open,   1 M2, Bartosz Janowski       DHL-AUTHOR                   02:14:30
  • ...
  • 30   Open, 17 M2, Adam Nojszewski     PTR Dojlidy Białystok       02:33:36
  • 77   Open, 36 M2, Krzysztof Gryczko       PTR Dojlidy Białystok       02:51:01

 

 

GIGA 101 km

  • 1     Open,     1 M3, Andrzej Kaiser           DHL-AUTHOR                  03:23:02
  • ...
  • 76   Open,   21 M3, Piotr Żebrowski        PTR Dojlidy Białystok      04:21:32
  • 137 Open,   54 M2, Tomek Breś              PTR Dojlidy Białystok      05:27:24

 

 

 

Zdjęcia z maratonu można zobaczyć w GALERII

Komentarze  

 
#1 Krzysiek 2008-04-24 20:15
I 15 miejsce w klasyfikacji zespołowej na 128 team'ów 8) A co będzie po Karpaczu i Bardzie...to tylko my wiemy :-) Sprawdziłem pociągi do Barda i całkiem całkiem to wygląda. Mimo że 14 godzin, 2 przesiadki ale przynajmniej godziny jazdy pasują. W Karpaczu wystartuje też Medyk i chce Jakuba namówić ;-) No i myślcie już co robimy po Trophy i mojej Przesiece, cykl Grabka? Głuszyca?