100% podsumowania sezonu Powerade Suzuki MTB Marathon 2011

thumb_murow1Który to już 7 czy 8 sezon u Golonki? Trudno policzyć, a w zasadzie każdy liczy po swojemu. Najważniejsze, że wciąż często bywamy w górach, pomimo przeciwności losu, braku funduszy czy innych priorytetów, ciągle coś nas tam ciągnie. Nawet remont Gierkówki nie jest przeszkodą, wyszukujemy objazdy no i po wielu godzinach jesteśmy, żeby zasmakować prawdziwych gór, wciągnąć dawkę esencji MTB, poczuć ten niepowtarzalny klimat i spotkać się z tymi ludźmi. Właśnie tymi, którzy jak żadni inni wiedzą o co w tym wszystkim chodzi. Sezon Powerade Suzuki MTB Marathon wymaga własnego, oddzielnego podsumowania, z pewnością nie obfitował w wyniki, może był trochę pechowy ale przecież na swój sposób wyjątkowy, ciężki jak zwykle i niezwykle intensywny.

 

Początki na ogół bywają trudne, szczególnie jeśli chodzi o skompletowanie składu na dwie pierwsze, zupełnie płaskie edycje, trochę a nawet bardzo, nie pasujące do całej idei jak i całego cyklu Murowana Goślina i Dolsk. Gdzieś jednak trzeba przepalić organizm po zimie, rozruszać nogę i wywalczyć sektor. 106 kilometrów na otwarcie sezonu brzmiało dumnie i równie godnie zostaliśmy przywitani w Murowanej, w nowych strojach z logo MTB Marathon, zdjęcia i zapowiedzi spikera o tym że jesteśmy. Tak właśnie było, obok profesjonalnych ekip i nazwisk maratończyków znanych wszystkim, poszły z głośników jeszcze trzy drużyny, PTR Dojlidy, Bydzia Power, SCS OSOZ, wreszcie nie byliśmy tylko jednymi z wielu. Piaski Wielkopolski zaliczyli Żeber, Krzysiek Pro, Paweł i RaFi, a tydzień później po brukowo-szutrowych odcinkach Dolska ścigali się, ponownie zdeterminowany Żeber, Lotnik i Bresio.

murowana_11_005_tdp7848

Przejście do sedna sprawy nastąpiło w długi majowy weekend w Złotym Stoku, wreszcie góry i to nie byle jakie. Wyborne widoki, konkretne podjazdy, chociażby początkowy na Jawornik, techniczny zjazd po telewizorach z Borówkowej czy czeskie szutry to było to na co czekaliśmy, chociaż nie wszyscy się doczekali. Tydzień przed wyjazdem Żeber po niefortunnej kolizji złamał rękę, ale był z nami jako kibic, nie odpuścił, musiał. Czarek z kolei zapamięta ten dziewiczy wyjazd z nami jako ciągła sztuka indoktrynacji i namawiania na dystans Giga, w ostatniej chwili, tuż przed startem, na jego numerze wylądowała czerwona nalepka. Udało się, razem z Piotrkiem, Krzyśkiem Pro i KTRem, mieliśmy komplet. A na mecie piwo, nie jedno, co razem z ogromną satysfakcją i spełnieniem zaliczenia pierwszych gór dało bajecznie pozytywną mieszankę. To także wtedy Grzesiek Golonko był zmuszony do wypełnienia zakładu i przejścia na czworaka całego rynku, słowa dotrzymał. Wytrzymała także pogoda, dwa dni później w Górach Złotych spadło dużo śniegu.

zloty

Kolejny był Zabierzów, coś nowego, nieco na siłę zostaliśmy w Krakowie dzień dłużej ale po zaliczeniu banalnej Skandii należało doznać czegoś konkretnego. Podkrakowskie dolinki dawały taką możliwość i mimo że świetne jeśli chodzi o teren to totalnie dla nas pechowe. KTR z zapowietrzonym, a właściwie bez hamulca nie podjął wyzwania, natomiast Loczek na pierwszym zjeździe zaliczył glebę i pogiął tarczę na tyle, że nie mógł jechać dalej. Krzysiek Pro walczył więc dzielnie sam w strugach deszczu, walczył niewiadomo właściwie o co, kończące się klocki i szybkie obliczenie godziny wjechania na metę dawało jedno rozwiązanie, pierwszy w życiu DNF. Wycofanie nie byle z kim, bo w dotarciu do Zabierzowa towarzyszył mu Wojtek Rakowski, labirynt asfaltów nie miał końca, podobnie jak padający wciąż deszcz.

pro1

Mokro i błotno także w Krynicy Zdrój, znów pokaźna liczba zawodników z DNF w wynikach. W górach w takich warunkach nie walczymy już z innymi, bardziej z własną psychiką czy równie cierpiącym sprzętem, takie są fakty i choć kultowość sięga wówczas maksimum to jednak czasami musimy dać wygrać górom, to tylko wzmaga apetyt na rewanż. Giga ukończyli Maniek i Cezary, Bresia pokonał limit, wycofał się też Łydek, Piotrek przytomnie wybrał Mega. 1114 m Jaworzyny Krynickiej i Hala Łabowska miały wtedy zupełnie inny temperament, wściekły i nieprzewidywalny, niestety także dla Bogdana Czarnoty.

piotrek1

Karpacz po raz pierwszy w innym terminie, połowa czerwca, zupełnie nowa, ambitnie przygotowana trasa padła jednak ofiarą urzędników, szkoda. Powtórka z ubiegłego roku nie była jednak mocno gorsza, lipy nie było. Nasza ekipa, a chyba zwłaszcza Żeber zapamiętają ten wyjazd jako wieczną, cierniową drogę w zepsutym busie, wolno, dymiło się ale dojechali. Obok Żebra wracającego po kontuzji, brat Paweł, Czarek, Aga, Łydek i Maniek oraz kilku bardziej odważnych Sprintowców. Karpacz to już klasyk, siódmy raz, podjazd pod Wanga, Przesieka, Szklarska, a na koniec Chomontowa i zielonym, niepotrzebnie ułatwionym do Borowic, tym razem także bonus dla gigowców w postaci sztywnej Petrowki. Musiało być zacnie.

maniek1

Ustroń, też nowość, jak żadna inna trasa będzie nam się kojarzył z gumami, dętkami, laczkiem, snejkiem, było tego sporo, Żeber sześć, Krzysiek dwie. Był to też dziewiczy bo pierwszy ukończony, górski maraton Ola, który po dwóch latach od Głuszycy, gdzie urwał hak, wybrał się z nami sprawdzić jak naprawdę smakuje Golonka. Dużo luźnych kamieni, upał, Orłowa, Kotarz, Klimczok, Błatnia, Równica, będziemy to pamiętać jak pacierz, droga przez mękę. I choć po maratonie podobno zostają tylko wyniki, to ta historia jest całkiem pasjonująca, znów musieliśmy sobie udowodnić jak zwycięża się z przeciwnościami. Ostatecznie Olo tak bardzo się rozsmakował, że zaliczył wszystkie pozostałe do końca sezonu starty.

miedzy1

Koniec lipca, to długo wyczekiwany Challenge, etapówka o najwyższym stopniu wtajemniczenia, Żeber, Bresio, Maniek, KTR, Stasiej, Grzesiek, ukończyli i ten komentarz jest wystarczający, to co przeżyli jest dla nich. Tradycja najtwardszych mówi, że z rozpędu jedzie się Głuszycę, ale podjął się tego tylko Żeber, na dystansie Giga dołączył do niego Olo, a Krzysiek Pro, Artur i Maciek wybrali Mega. Znów było mokro, ślisko, a Sowę podjeżdżaliśmy w spływającym potoku, podjazd po kamyczkach nabrał wtedy nowego znaczenia. Ta trasa to najtrudniejszy i najbardziej wymagający maraton w Polsce, 3000m w pionie, 90km, zwykle upał ale tym razem wilgotność kamieni przekroczyła skalę, Olo jechał ponad 8 godzin, Żeber poszedł za ciosem i zrobił bardzo dobry wynik. 6:38:57, tak to bardzo dobry czas.

Zwykle omijany przez nas szerokim łukiem Kraków, tym razem też był zaliczony. Tylko pagórkowaty, ale aż 98km i prawie 2000m w pionie zrobiło swoje. Żeber testował tam 29era, na giga towarzyszył mu Olo, a Maciek ponownie Mega. Jakiegoś wyjątkowego niuansu tego maratonu nie znam, więc nie ma co się rozpisywać, jedźmy dalej w góry.

guszkrak

Międzygórze, przez Grzegorza nazywane Tyrolem w Sudetach, w Alpach nie byliśmy ale pod Śnieżnikiem nie raz. Ten niekończący się podjazd na 1257 m, wyjątkowe i szalenie szybkie szutry mają w sobie magię, a teraz także i szczyptę techniki, której tej trasie brakowało, bo uchodziła za łatwą. Wszystko zmienił inny zjazd od Schroniska pod Śnieżnikiem, czerwony szlak stał się wyznacznikiem wymagającego killera i nieco zmienił oblicze Międzygórza. Skład na przedostatniej edycji tworzyli Żeber, Olo i Artur, ten ostatni po defekcie przekonał się ile znaczy w górach koszulka PTR. Jako zawodnik Dojlid natychmiastowo otrzymał dętkę, pompkę i słowa wsparcia, to podnosi na duchu.

olo1

Wielki finał, jednoznacznie kojarzy się z Istebną, a od niedawna także z ?Ostatnim Bufetem Sezonu". Urozmaicona, kompletna, zawierająca w sobie wszystko co potrzebne ale jednocześnie niedająca się zaszufladkować trasa oraz wyjątkowo dobra pogoda, to było zasłużone zwieńczenie całego sezonu. Beskidzka pętla wokół Trójstyku podobała się chyba wszystkim, wszyscy też mieli wielką frajdę z każdego kilometra pokonanego czy to w dół czy do góry, Tyniok, pionowa ściana do Koniakowa, Ochodzita a dalej już sama radość po słowacko-czeskich łąkach. Przed metą korzenna łamigłówka, a dla dystansu Giga dodatkowo Stożek, tego dnia wszystko wchodziło, wiedzieliśmy że to ostatni raz w tym sezonie. Olo z Piotrkiem podjęli potyczkę z Arkiem z Bydzi, tym razem przegraną, ale przecież liczy się sama zabawa z zaprzyjaźnionym rywalem. Trochę z przodu Żeber też miał swojego stałego sparingpartnera, Slec nie tylko go motywował ale i wspierał kiedy po raz kolejny złapał gumę czy porwał łańcuch. Gigowe zjazdy zaliczali też Bresio i Maniek, a młode pokolenie, czyli Artur, Maciek i Krzysiek znów przyodziali numery niebieskimi wlepkami. Wieczorem Org nagradzał generalkę, rozdawał Suzuki i Speca, a my właściwie myśleliśmy już o ?Ostatnim Bufecie" i tym co wydarzy się w kolejnym sezonie. Jaki by nie był jedno jest pewne, znów będzie co wspominać, znów będzie inny od poprzedniego, znów podejmiemy wyzwanie gór.

bres1

Nasze zdjęca Top Shot tego sezonu zostały wykonane przez: bikelife.plwww.sportograf.com, Bolki, Mariusza Wronę, Jacka Paszke. Dziękujemy!