Sudety MTB Challenge 24-29.07.2011

gg_krynica_2011_202

Sześć dni w kotlinie Kłodzkiej, 5 wykańczających etapów, codzienne rytuały z ogarnięciem się w nowym miejscu, spanie na podłodze, to wszystko już za nami i spokojnie można powspominać zakończone niedawno Sudety MTB Challenge 2011. Do walki z trasą i samym sobą stanęło 246 zawodników w tym 6 reprezentantów PTR Dojlidy Białystok. A tak to wszystko się toczyło...

 

 

 

Wyjazd i sama trasa nie była niczym nowym, 10 godzin w samochodzie i jesteśmy na miejscu. Wszyscy jacyś skupieni i myślami gdzieś daleko. Nic dziwnego, już jutro zaczyna się impreza, na którą czekaliśmy od wczesnej wiosny. Czekanie czekaniem, a przygotowania to zupełnie inna historia. W przypadku autora tej relacji, przygotowania zakończyły się na przeczytaniu kilku rozdziałów książki o treningu:)

Do Kudowy, gdzie rozpoczyna się wyścig docieramy około 13, biuro zawodów jeszcze zamknięte. Na ulicach widać znajome twarze ludzi, którzy już zawsze będą kojarzeni z imprezami rowerowymi organizowanymi przez G&G. Po dłuższej chwili odnajdujemy przytulną salę w Kudowskiej podstawówce. Popędzani przez KTR'a (jechać, jechać) wyruszamy na trasę jutrzejszego, ośmiokilometrowego prologu.

Po kilkuset metrach rower Żebra daje wyraźnie do zrozumienia, że jazda po górach to nie to samo co katowanie Podsupraskich lasów, ścieżkami po których tylko dziki wcześniej biegały. Już na pierwszym podjeździe napęd przeskakuje bezlitośnie, a Żeber równie bezlitośnie raczy piękną polszczyzną okoliczną faunę i florę.

Prolog kończy się w okolicach Błędnych Skał, ciekawego tworu geologicznego Gór Stołowych. Niestety rowerem nie da się tego zwiedzić, więc udajemy się w drogę powrotną do Kudowy. Do wyboru dwie opcje, czerwonym szlakiem albo asfaltem. Z Mańkiem wybieramy dość wymagający zjazd czerwonym szlakiem, pozostali jadą asfaltem. Z jednej strony dobra okazja do przypomnienia sobie jak to się jeździ po trudnym terenie, z drugiej do zaliczenia konkretnej gleby tuż przed rozpoczęciem właściwego wyścigu. Tak czy inaczej, dobrze się bawiliśmy.

Z biura zawodów odbieramy torby (trzeba będzie w nich wszystko zmieścić) i wracamy do szkoły. W sali spotykamy Stasieja i nowych znajomych z Krakowa (Kasie i Grześka). Wieczór upływa na radosnym konsumowaniu piwa do melodyjnych dźwięków szlifowania koronek w korbie.

 


Prolog - 8km

Ostatni dzień najbliższego tygodnia, kiedy można się wyspać. Wstajemy przed 10, głowa trochę boli po szlifowaniu koronek, zwłaszcza ostatniej w 10 minut. Chwila na ogarniecie się i udajemy się na śniadanie. Dziś jeszcze w barze. Uruchomiony przy starcie czeski serwis rowerowy przeżywa oblężenie. Ze zmasowanego zapotrzebowania na usprawnienie rowerów:

Żeber: kupuje nową środkową koronkę, łańcuch i kasetę - napęd działa

zeberManiek: oddaje do serwisu amortyzator, płaci za nowe uszczelki i olej - amortyzator działa

Stasiej: oddaje cały rower, dziś tylko naprawa piasty, płaci za nowe konusy i kulki - piasta działa jak nowa

Grzesiek: Oddaje do naciągnięcia szprych tylne koło - koło proste i sztywne

Nie pamiętam czy KTR coś naprawiał. Mój rower po szlifowaniu koronek nie wymagał doraźnej pomocy.

bresio1Starty rozpoczęły się o 14.00. W pierwszej kolejności drużyny, potem zawodnicy solo. Pierwszy na trasę wyruszył Żeber, dalej Maniek, Stasiej, KTR i Grzesiek. Ja miałem jechać przed Stasiejem, ale kilka sekund spóźnienia na starcie przesunęło mnie na koniec kolejki startowej. Moja wina i nie mam do nikogo żalu :) Było nawet ciekawie, ze mną na start spóźniły się jeszcze 4 osoby.

 

Trasa prologu:

stasiej1Start na deptaku w Kudowie, przy barierkach sporo ludzi. Szybki początek i pierwsza ścianka. Dzień wcześniej wydawała się dłuższa. Trzech zawodników uciekło, jeden został za mną. Chwilę później mijam maszt RTV na Górze Parkowej. Rozjechany przez 200 rowerzystów singiel wzdłuż Urwiska Beaty, w niektórych miejscach troszkę się klei. Kolejna ścianka, koło łapie uślizg na korzeniu i dalej z buta. Znowu singiel, tym razem grzbietem w kierunku Pomnika Trzech Kultur na Świni Grzbiet.pyra1 Tu więcej korzeni i kombinowania, nawet dobrze się to jedzie. Na ściance w dół kierownica zaczepia o jedno z drzewek i dalej z buta. Troszkę jestem zły za takie zmarnowanie zjazdu, ale jeszcze sobie pozjeżdżam. Łąką w dół i dalej asfaltem do góry po czerwonym szlaku. Za ośrodkiem wczasowym dziennikarzy kończy się asfalt i dalej szutrówka zakończona kamienną rynną. Tu też jedzie się lepiej niż dzień wcześniej. Mijam ekipę filmowców i dojeżdżam do Drogi Aleksandra. Do końca zostało około 2 km asfaltową Puszczańską Drogą. Po 48 minutach jestem na miejscu, wypijam Powerade i zjeżdżam do Kudowy.

Cel dzisiejszego etapu został osiągnięty, kogoś wyprzedziłem :)

 

Wyniki czasówki:

1. Tim Wynants (1987) BEL Milka Trek MTB Racing Team 00:28:38

45. Piotr Żebrowski (1973) POL PTR Dojlidy 3 00:35:23

106. Grzegorz Paciejuk (1986) POL PTR Dojlidy Białystok 00:39:25

139. Piotr Dzienis (1985) POL PTR Dojlidy Białystok 00:42:08

143. Mariusz Korolczuk (1979) POL PTR Dojlidy 00:42:22

181. Stanisław Ruchlicki (1983) POL PTR Dojlidy Białystok 00:46:12

200. Tomek Breś (1980) POL PTR Dojlidy Białystok 00:48:39

Ostatni zawodnik ukończył czasówkę z czasem 01:01:53.

Wyniki czasówki

Track GPS

 

anki115 minutowy zjazd z Błędnych Skał drogą Stu zakrętów kończy rowerowe przygody pierwszego dnia BCH.

ktrW szkole ostatnie przygotowania do zbliżających się 5 etapów. Do samochodów trafiają rzeczy, które najprawdopodobniej się już nie przydadzą, a same auta na parking w Kudowie. Obiad w barze, wieczorem dojedzenie makaronu, piwo i można iść spać. W między czasie, analiza jutrzejszego etapu. Specjalnych trudności nie widać, poza dystansem mającym przekroczyć 95km. Jakoś będzie, około 23 kładziemy się spać.

 


Etap 1 - Kudowa Zdrój (PL) - Kraliki (CZ) - 105 km

kasiaPogoda za oknem jakaś dziwna, mokro jakby padało, ale czy na pewno? O 6 rano wszystko wygląda inaczej. Z Żebrem i Mańkiem idziemy na śniadanie, pozostali jeszcze śpią. Myślę tylko o ukończeniu tego etapu, przecież to tylko 95km, 10 godzin i po sprawie.

anki2Śniadanie w formie szwedzkiego stołu, każdy znalazł coś dla siebie. Pobudka o nieludzkiej porze opłaciła się, mamy gdzie siedzieć, miejsc coraz mnie i ciągle przybywają kolejni zawodnicy. Po 30 minutowej biesiadzie wracamy do szkoły. Pakowanie, przebieranie, dopakowanie i targanie torby do ciężarówki. Tak mniej więcej będzie wyglądał każdy kolejny dzień nadchodzącego tygodnia.

Na starcie spiker ostrzega przed ogromną ilością błota czekającą na zawodników w górach i wezbranym strumieniem na 3 km tego etapu. Wygląda na to, ze od początku wszyscy jadą w mokrych butach. Wszystko przez padający przez cały poprzedni tydzień deszcz. Damy radę.

W sektor startowy wjeżdżamy chwilę przed 10, nie ma co się spieszyć. Wokół więcej obcokrajowców niż Polaków, nie licząc tych sanatoryjnych. Odliczanie i start.

8 i pół godziny później.

ktr1Rozpoczynamy na deptaku, tak jak dzień wcześniej czasówka i dalej drogą wjazdową do Kudowy. Asfaltowy odcinek ciągnie się przez chwilę i kończy się wspominanym przez spikera wezbranym strumieniem. Nie jest tak źle, jak to przedstawiano na starcie. Udało się uratować przed zamoczeniem jeden but, w drugim troszkę mokro. Rozpoczyna się pierwszy z wielu dzisiejszych podjazdów i trwa jakieś 7 km, tak na rozgrzewkę. Przez moment przychodzi myśl: ?co ja robię tu" ale odpływa gdzieś i nie wraca. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy, ale ciągle kogoś widać z tyłu. Jest szansa nie być ostatniemu. Chwila zabawy na zjeździe, który jakoś specjalnie w pamięci nie został i kolejny podjazd, tym razem na najwyższy szczyt dzisiejszego etapu, 1084m. Dalej teoretycznie z górki, bardzo teoretycznie.

Kilka chwil później, po kolejnym zjeździe, który nie zapisał się niczym szczególnym w pamięci docieram do górskich szutrówek. Z profilu i wszystkich dostępnych danych wynikało, że będzie to miły przerywnik zapychający około 18km dystansu i powinien szybko zlecieć. Prawie wszystko się zgadzało, poza błotem i koleinami. Było ciekawie. Pokonanie tych 18km zajęło mi niecałe 1,5 godziny. Dobra średnia.

zeber6Garmin nie przepowiada nic dobrego. Na prognozowanym profilu pojawia się kolejne wzniesienie i znowu pod górę. Powoli zaczynam mieć dość tej całej zabawy, no ale w lesie nie zostanę. Po 4km kolejny zjazd, również bez specjalnego znaczenia dla mojej osoby. Ciągnie się to tak do mety.

Na uwagę zasługuję modyfikacja trasy wydłużająca ją o 10km. Chciałbym w tym miejscu przeprosić wszystkie osoby trzecie, które musiały być świadkami upuszczania emocji związanych z kręceniem się po ostatniej górze tego etapu niczym stolec w przeręblu. Muszę przyznać, że wydzieranie się ile wlezie nie przynosi żadnych efektów jeżeli chodzi o prędkość jazdy, może to i lepiej. Jeszcze tylko szybki zjazd szutrami do asfaltu i tylko kilka chwil do mety etapu. Tak, udało się, tylko jak będzie dalej?

 

Wyniki etapu:

1. Jelmer Pietersma (1982) NLD Milka Trek MTB Racing Team 04:33:15

63. Grzegorz Paciejuk (1986) POL PTR Dojlidy Białystok 05:51:28

64. Piotr Żebrowski (1973) POL PTR Dojlidy 3 05:52:37

115. Piotr Dzienis (1985) POL PTR Dojlidy Białystok 06:28:10

163. Stanisław Ruchlicki (1983) POL PTR Dojlidy Białystok 07:01:52

179. Mariusz Korolczuk (1979) POL PTR Dojlidy 07:19:46

223. Tomek Breś (1980) POL PTR Dojlidy Białystok 08:30:38

Ostatni zawodnik ukończył etap w czasie 09:37:52

Wyniki etapu

Track GPS

Jadę do szkoły, tam już koledzy z drużyny zadbali o miejsce do spania. Będą tak robić codziennie za co jestem im niezmiernie wdzięczny. Odstawiam rower do bikeparku, nie chce mi się go myć. W zasadzie to nic mi się nie chce. Zaglądam pod prysznice, celem ustalenia ciepłoty wody. Woda nie przejawiała żadnej ciepłoty, co zaświadczył swą postawą Maniek dzielnie znoszący kolejne zimne strugi wody spadające na jego osobę. K.... mać, też mnie to czeka.

Okazuje się, że w szkole jest gorąca woda, tylko nie ma prysznica. Obmywam odnóża w zlewie wykonując przy tym kilka figur znanych z jogi, ale jakoś się udaje nie zrobić sobie krzywdy. Szkolna stołówka serwuje obiady, chyba wziąłem ziemniaki z mięsem. Pewności nie mam. Zjadam i wróciłem do sali. Na tablicy wymalowane przez KTRa gratulacje. Komu gratuluje i czego? Stasiejowi wyniku dzisiejszego etapu. Każdy coś pierze, a mi się nie chce. Jutro mam co na dupkę włożyć, a myślenie o kolejnych dniach jakoś nie przychodzi łatwo i boli więc odpuszczam.

Przed wejściem do szkoły obsługa uruchamia podajnik piwa. Piwo, czeskie, zimne, czemu by nie. Dużego parcia nie ma, ale dwa wypijam. O 21 włażę do śpiwora i zasypiam budzony kilka razy przez jakieś wydarzenie w najbliższej okolicy.

 


Etap 2 - Kraliki (CZ) - Stronie Śląskie (PL) - 76km

Wyłażę ze śpiwora kilka minut po 6. Kolejny poranek nie zapowiadał nic ciekawego, jeżeli chodzi o pogodę. Przez układ budynku, albo przez zwykłe zmęczenie nie zanotowałem nocnej burzy i ulewy. Razem z Żebrem udajemy się na śniadanie. Kilka plastrów wędliny, sera, kawałek pomidora i dużo czeskich rochlików. Wszystko ok, ale noże jak na typowej szkolnej stołówce, masło dobrze kroiły i nic poza masłem. Rochlika łatwiej było rozedrzeć szponami na dwoje niż uskuteczniać ślizganie noża po pieczywie.

Praczom niewiele wyschło, ale KTR dzielnie wskakuje w mokre spodenki. Wczoraj trochę zmarzłem, więc dziś nie ryzykując wkładam spodnie 3/4. Na górę tylko koszulkę i kilka godzin później znowu marznę. Poranna procedura pakowania, targania torby do ciężarówki i odbierania roweru zakończyła się chwilę po 9. Na zewnętrzu chłodno, więc na start czekamy w szkole. Przy okazji pochłaniam zaoszczędzony z wczorajszego etapu baton z prądem. Przy tej samej okazji przeglądamy jeszcze raz mapę etapu i dywagujemy na temat tego czy innego miejsca na trasie.

 

7 godzin później

maniek_bresioRuszamy punktualnie o 10 z rynku w Kalikach, do którego ledwo wczoraj dotarłem. Szybki asfaltowy początek kończy się po kilku kilometrach. Prędkość na tym odcinku była zacna, lecz w miarę zwiększania się nachylenia spadała do standardowych na moją formę niecałych 10km/h. Po asfaltowym początku podjazd po trawie, ponieważ wszyscy to lubią.

Nie ma co narzekać, jakoś się jedzie. Około 12 kilometra wjeżdżamy na pierwszy z 5 dzisiejszych szczytów. Pamiętam z mapy, że zaraz za tym podjazdem będzie trudniejszy zjazd, niestety zupełnie nie pamiętam jego szczegółów. Może ktoś przypomni?

anki3Zaraz za bufetem rozpoczyna się najdłuższy podjazd tegorocznej edycji. Gazetka straszyła, że ma mieć 11km i przewyższenie około 580m. Faktycznie (z dokładnością urządzenia pomiarowego) podjazd miał około 8,3km i jakieś 645m w pionie. Każdemu i tak wyjdzie inaczej, więc nie ma co się nad tym rozczulać. Tak czy inaczej wymęczył mnie ten zjazd niemiłosiernie.

Na końcówce tego podjazdu, szutrowej górskiej drodze, hasło rzucone przez wyprzedzającego zawodnika ?jak na Mazovii" lekko mnie zmotywowało. W utrzymując odległość około 100-150m czekałem spokojnie na schronisko na Śnieżniku.

288080_241206925912678_241192199247484_758436_5106044_oTen odcinek znany jest ponoć z maratonu w Międzygórzu 2010, na którym nie byłem. Podobno ciekawy. Po minięciu schroniska ostro w lewo, znak z trzema wykrzyknikami zapowiada dobrą zabawę. Jakieś 30m od początku zjazdu wyprzedzam najwyraźniej przerażonego kolegę, pocieszając go ?trochę inaczej, niż na Mazovii" i zabieram się do zabawy.

Na dzień dobry śliska, i stroma ścianka po korzeniach. Zajeżdżam z lewej, zupełnie bez sensu i potężny korzeń zmusza mnie do sprowadzenia roweru, a w zasadzie zestawienia go na ścieżkę. No nic, dalej będzie lepiej. Ciągle w dół, kamienie, korzenie, głazy, uskoki, uskoki w kamienie, uskoki w korzenie, korzenie w kamieniach, głazy na uskokach do tego jeszcze błoto. Piękna mieszanka, ale po kilku chwilach nieprzyzwyczajone do takich atrakcji ręce zaczynają lekko boleć. I tak jestem w tej komfortowej sytuacji, że wtargałem na górę Bombera z 15cm skoku. Kolegę na specu, którego powoli doganiałem poniosła fantazja, a że nieszczęścia chodzą parami, to grawitacja rzuciła nim jak szatan o miękkie podłoże. Na pytanie, czy wszystko ok, potwierdził zdolność do dalszej jazdy. Chwilę później, bliżej końcówki podłoże zmieniło się na bardziej leśne. Z wilgotnej ziemi, wystawały niezliczone ilości korzeni, ułożonych tak chaotycznie, jak tylko się da. Przedni hamulec nie ma zastosowania, więc dość szybko pokonuje ten odcinek wyprzedzając Ankę Suś. Chwilę później spotykamy się na bufecie, na którym niespodziewanie spotykam Mańka i druga Ankę.

img_0656Chwila na posiłek i ruszamy dalej. Przez chwilę wszyscy razem, potem Maniek odjeżdża, a mi się nie chcę i jadę dalej z dziewczynami. Podjazd na Smerkowiec ciągnie się w nieskończoność, ale to już jeden z ostatnich tego etapu. Anka Suś ma problemy z kostką więc dostosowujemy się do niej, czekamy itp. Szutrową górską drogą zjeżdżamy do ?kurortu" Międzygórze i rozpoczynamy kolejny podjazd. Po raz kolejny wyprzedza mnie para amerykanów. Ja ich na zjazdach, oni mnie pod górę. Jeszcze tylko Smerkowiec, Czarna Góra i zjazd do mety. To jeszcze jakieś dwie godziny, może trzy.

Gdzieś w między czasie dojeżdżamy do najtrudniejszego, podobno, zjazdu w całej imprezie. Faktycznie, kamienista rynna sprawia wrażenie nieprzejezdnej, ale to tylko wrażenie. Zaczyna się niewinnie, większe i mniejsze kamienie, chwilę później są już tylko duże i troszkę korzeni. Trudność polega na konieczności wybrania odpowiedniej ścieżki, po prawej, albo po lewej stronie rynny. Kilka miejsc przyprawia o szybsze bicie serca, ale rower wchłania wszystko na co go skieruje. Końcówka bardziej po korzeniach. Udało się. Całość zjechana z jedną czy dwiema podpórkami i jednym przestawieniem roweru na druga stronę rynny. Chwila rozmowy z czuwającym nad bezpieczeństwem ratownikiem i można jechać dalej. Dużo radości sprawił mi ten zjazd.

Podjazd na Czarną Górę kończy się przy ostatnim bufecie. Dalej trasa prowadzi rozrytą przez ciągniki, albo zmutowane dziki drogą, którą nie sposób jechać. Przynajmniej w moim stanie. Znowu we trójkę wyruszamy w kierunku wskazywanym przez strzałki. Kilkaset metrów spaceru i jesteśmy na szczycie, po którym znowu miał nastąpić zjazd z trzema wykrzyknikami. Przy wyciągu, na ziemi wymalowana smutna buźka i napis, że to jeszcze nie tu, 200m. W końcu się zaczął, ostatni zjazd tego etapu. Tu przeważały korzenie, przynajmniej na początku, dalej drogi gruntowe z koleinami, błotem i wodą. Ogólne wrażenie, ślisko, mimo to dość szybko. Czekam na Anki na drodze prowadzącej do Stronia, po kilku minutach z lasu wyjeżdża Anka Tomica lekko przybrudzona. Jak się ma sztywny rower, to lepiej za fulem nie jechać, może boleć. Na szczęście nic się nie stało. Chwilę później dołącza Ania Suś i razem wjeżdżamy na metę w Stroniu Śląskim.

Wyniki:

1 Bart Brentjens (1968) NLD Milka Trek MTB Racing Team 03:41:47

41 Piotr Kaszubiak (1979) POL - 04:45:36

53 Piotr Żebrowski (1973) POL PTR Dojlidy 3 04:53:55

69 Grzegorz Paciejuk (1986) POL PTR Dojlidy Białystok 05:04:27

117 Piotr Dzienis (1985) POL PTR Dojlidy Białystok 05:35:21

140 Kasia Rams (1987) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 05:55:35

141 Grzegorz Jemioło (1985) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 05:55:35

171 Stanisław Ruchlicki (1983) POL PTR Dojlidy Białystok 06:36:43

197 Mariusz Korolczuk (1979) POL PTR Dojlidy 07:19:34

211 Tomek Breś (1980) POL PTR Dojlidy Białystok 07:39:03

Ostatni zawodnik tego etapu zameldował się na mecie po 08:39:01 jazdy.

Wyniki etapu

Track GPS

Podążając za strzałkami udaję się do szkoły - noclegowni. Przed myjkami nie ma kolejek, więc rower dostaje prysznic. Miał zostać gdzieś z boku w bikeparku, fakt został z boku przygnieciony 16 innymi rowerami. Trudno, łańcuch nasmaruje jutro. Przez cały dzień miałem obawy co do żywotności klocków hamulcowych. Zdziwienie me nie miało końca, klocków było tyle samo co poprzedniego dnia. To dobra informacja, zważywszy na to, że czeski serwis nie miał klocków do moich hamulców. Tak bywa, jak się ma hamulce sprzed 10 lat.

Dziś spanie w stodole, czyli wszyscy na kupie w sali gimnastycznej. Odnajduje kolegów, torbę i spadam pod prysznic. Po tym etapie prysznic zaskoczył gorącem wody wydobywającej się zeń. O intymności można było zapomnieć, zwykły basenowy prysznic. Co zrobić, gacie w dół i dołączam do wesołej ekipy z Belgii. Żeby nie było, każdy mył się sam i zachowana została przestrzeń osobista ;)

Mimo, że po dzisiejszym dniu ciuchy były tylko troszkę ubłocone, ale suche postanowiłem przeprowadzić pranie ciuchów z poniedziałku. Z pomocą przyszedł rozstawiony przed szkołą zestaw myjek ciśnieniowych. Szybko poszło i ucieszony tą formą prania Żeber i Stasiej uczynili to samo. Mały problem związany z miejscem do wysuszenia upranych ubrań został szybko rozwiązany przez wydobycie z zakamarków sali gimnastycznej płotków i ustawieniu ich w odpowiednim miejscu. Ogólny obraz sali gimnastycznej widać na obrazku obok, ale trzeba zaznaczyć, że każda barierka, rurka, siedzenie, drut, sznurek, a nawet jeden kosz do koszykówki zostały zajęte przez schnące ubrania.

Obiad po dzisiejszym etapie znajdują się około 7km od noclegowni. Wynajęte busy rozwożą cześć zawodników po hotelach, pozostałych na jedzenie. Z autobusu wysiadamy u podnóża Czarnej Góry. Wszyscy tęsknie spoglądają w kierunku szczytu, tak to tam, w myślach dodając ?...wa mać". Będący zawsze w okolicy ojciec Pyry lekko przestrasza, że jedzenia już niewiele zostało, to też udaje się w kierunku restauracji.

Na miejscu spotykam kilku zawodników od siebie z drużyny i całą resztę coraz bardziej znajomych ludzi. Z jedzeniem nie było tak źle, znowu makaron na obiad do tego zupa pomidorowa do oporu. Kilka wspomnień z trasy i można spadać do szkoły. Oczywiście stojący na parkingu autobus ruszył zaraz po tym, jak postanowiliśmy do niego wsiąść. Problemem okazało się 100m dzielące nad od drzwi pojazdu. Trudno, więcej czasu na podziwianie spowitej w chmurach Czarnej Góry i dyskusję o jakości strojów rowerowych.

Zupełnie nie wiem po co, kupuję w sklepie piwo i zupełnie wiem po co, gazetę. Piwo ląduje w torbie, gazety w butach, a ja na karimacie. Próbuję poleżeć, ale jakoś nudno. Idę po piwo z czeskiego dystrybutorka, spotykam Żebra i chyba kogoś jeszcze. Ogólnie przed szkołą panuje lekki chaos. Za winklem rozłożyła się ekipa serwisowa i ciągle dłubali w rowerach. Na trawniku obok zebrali się amatorzy dłubania własnoręcznego. Konsumpcji piwa nie było końca, no dobra był.

Około 21:30, oglądając zmagania prawdziwych sportowców uganiających się za skórzanym workiem, konsumujemy z Żebrem po kebabie i wracamy na salę gimnastyczną.

Z zaśnięciem były lekkie problemy. Karimata nie za dobrze izolowała dźwięki od podłogi i każdy przechodzący człowiek powodował przerwanie procesu zasypiania. A łażenia nie było końca, dodatkowo zapalone światło doprowadziło do lekkiego wkurzenia. Niewiele brakowało, a wylądowałbym w hotelu obok. Ale tak sam, nie będzie po równo, więc zostałem. Światło w końcu zgasło, ludzie przestali łazić i jakoś ta noc udało się przespać.

 


Etap 3 - Stronie Śląskie - Bardo Śląskie - 57km

Poranek był równie atrakcyjny jeżeli chodzi o odpoczynek co wieczorne zasypianie. Obsługa zaczęła pobudkę o 5:30. Znowu łażenie, ale jakoś to można zrozumieć. Natomiast zupełnie nie rozumiałem konieczności uruchamiania wichury do włosów o 5:45. No nic to, trzeba wstać.

Na śniadanie znowu jedziemy busem. Pogoda dziwna, rano mokro i chyba lekko padało. Jajecznica, kawa, kupa i można wracać do szkoły. Zauważam dwie taktyki stosowane przez zawodników. Jedni, tak jak my zrywają się o 6 na śniadanie i potem zalegają na godzinkę. Inni śpią dłużej i na śniadanie jadą później. Żeber i ja z tych pierwszych, pozostali z tych drugich. Tak czy inaczej, po powrocie można jeszcze chwilę poleżeć.

stasiej_zeber_bresioPakowanie każdy przeprowadzał w swoim czasie i nikt na nikogo nie czekał. W sumie to dobrze. Każdy mniej więcej ogarniał co ma do zrobienia przed startem i tak cyrklował czas, żeby zdążyć przed 10. Nie wiadomo jak się ubrać, więc jadę na krótko. Torba ląduje na ciężarówce, rower przechodzi szybkie smarowanie łańcucha (to chyba jedyna czynność jaką przez 5 etapów musiałem przeprowadzać przy rowerze). Założone o 9 rękawki, zdejmuję zaraz po dotarciu na start. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień. Może dziś będzie mniej błota na trasie? (aha, na pewno).

Odbieram zestaw ratunkowy od Maxima i w oczekiwaniu na start, obserwuję jak rosną paznokcie. Niepotrzebnie, bo zaczynają mi przeszkadzać. Kierunek kiosk, misja obcinacz, kupić. No, ale nie w Stroniach, tam obcinacz kupuję się w ... kwiaciarni. Ale nie było, za to dostałem dokładną instrukcję, gdzie szukać sklepu z obcinaczem. Przecież to oczywiste, w centrum, w pawilonie przy przystanku PKS. Dobrze, że nie przy nieczynnym od 10 lat kinie, tam gdzie przed wojną była apteka. Znalazłem, kupiłem i ze szponami zrobiłem porządek. Chwilę później trzeba było wsiąść na rower i znowu 5 godzin pedałować.

 

5 godzin później

anka_kasia_grzesiekStart zaczynamy 3km rundą honorową po Stroniu Śląskim. Tempo nie za duże, odpowiednie do honorów rundy. Ludzie patrzą i na pewno wydaje im się, że to takie fajne i przyjemne. Przez kilka chwil na pewno, potem bywa różnie.

Ze Stronia wyjeżdżamy w kierunku Młynowca i dalej wzdłuż strumienia na Rude zbocze. Ciągnie się ten podjazd niemiłosiernie, a to tylko 8 km. Na niebieskim szlaku w jest kilka mniej bezpiecznych odcinków, które wchodzą całkiem sprawnie.

bresio3Kolejne kilometry mijają całkiem szybko. Coś w tym musi być, podobno to najszybszy etap całej imprezy. Szybkie, szerokie górskie szutry pozwalają cieszyć się jazdą z prędkościami większymi niż 6km/h. Kilka chwil później bufet, a za nim podjazd na Borówkową Górę. Stasiej strasznie to przeżywał, w końcu ma z tą góra jakieś historyczne zatargi. Ścieżka graniczna wymęczyła chyba wszystkich. Podjazd po korzeniach wchodził całkiem dobrze, a na zjeździe trzeba się było pilnować.

Zjazd z Borówkowej to jeden z takich, po którym człowiek bardziej zmęczony niż po podjeździe. Korzenie, kamienie i uskoki, wszędzie trzeba się pilnować. Do tego grupki turystów uciekających w chaotycznych kierunkach. Ogólnie, ciekawy odcinek.

zeber1Kawałek dalej kolejny zjazd z wykrzyknikami, tym razem z Jawornika Wielkiego. Tu problemem okazało się błoto, powodujące śliskość nawierzchni. Do drugiego bufetu prowadziła szybka, szutrowa droga. W zasadzie do końca dzisiejszego etapu przeważały szybkie szutrówki.

Troszkę zaniepokojony ostatnim błotnym zjazdem wykonuję telefon do Krzysia i zamawiam klocki hamulcowe. Krzyś będzie w Głuszycy od Czwartku, więc jakieś poczucie bezpieczeństwa odnośnie hamulców jest. Ruszam dalej i kilka bezpłciowych chwil później docieram do ostatniego podjazdu.

W zasadzie to nie podjazd, dla mnie to spacer z rowerem na szczyt Kalwarii z jakimiś zabudowaniami sakralnymi. Stąd do mety już tylko w dół.

maniek1Zjazd rozpoczyna się niewinnie, tu kamień, tam korzeń i nagle jestem na szczycie głazu wielkości małego auta dostawczego. Potrzebna szybka decyzja. Wyjeżdżone dwie ścieżki, prawą i lewą stroną. Szybki rzut oka na wprost, powierzchnia głazu poprzecinana poprzecznymi nierównościami powinna zapewnić minimum trakcji. Tak też pojechałem, dupa za siodło i jadę dalej.

kasia_grzesiek1Kawałek dalej kolejny głaz, podobnej wielkości tylko inaczej ułożony. Ścieżka prowadzi prosto na ułożoną na skos gładką powierzchnię skały. Do zsunięcia się około metra w dół, i jakieś pół metra w prawo. Zobaczymy co będzie. Wjeżdżam, zsuwam się w dół, zgodnie z przewidywaniami i jadę dalej. Musiało to ciekawie wyglądać, ale nie było nikogo z aparatem.

Dalej tylko kamienista droga prowadząca do podnóża góry, gdzie leży Bardo Śląskie. Kawałek asfaltem. Po lewej mijam ciężarówkę z bagażami, dobrze że blisko szkoły i wjeżdżam na metę. Dziwne uczucie, na mecie chwilę po 15. Brakuje mi tych dodatkowych dwóch godzin jazdy ;)

 

Wyniki:

1 Jelmer Pietersma (1982) NLD Milka Trek MTB Racing Team 02:40:22

39 Piotr Kaszubiak (1979) POL - 03:27:49

63 Piotr Żebrowski (1973) POL PTR Dojlidy 3 03:39:57

76 Grzegorz Paciejuk (1986) POL PTR Dojlidy Białystok 03:43:15

118 Piotr Dzienis (1985) POL PTR Dojlidy Białystok 04:04:12

123 Kasia Rams (1987) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 04:05:27

124 Grzegorz Jemioło (1985) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 04:05:28

158 Mariusz Korolczuk (1979) POL PTR Dojlidy 04:28:32

179 Stanisław Ruchlicki (1983) POL PTR Dojlidy Białystok 04:50:01

198 Tomek Breś (1980) POL PTR Dojlidy Białystok 05:09:59

215 Anki Suś i Tomica POL Gomola Trans Airco AWZ 05:43:42

Ostatni zawodnik na mecie zjawił się po 06:30:49.

Wyniki etapu

Track GPS

Jadę prosto do szkoły. Słoneczna pogoda zachęciła dużą cześć zawodników do prania, co dało się rozpoznać po elewacji szkoły. W każdym oknie wywieszone jakieś ubrania, buty na parapetach itp. Ogólnie dość ciekawy widok.

Oddaję rower do bikeparku. Na dzień dobry ?ale rowerek jest brudny". W sumie ja też nie za czysty, ale udaje się zaparkować po obietnicy szybkiego powrotu i umycia roweru. Dziś będzie ciasno, szkoła niewielka i nie wszystkie sale są dostępne do spania. Chwilę później odnajduję zarezerwowany przez Żebra kawałek podłogi i wracam na dół po torbę. Z dnia na dzień wydaje się coraz cięższa, a może to przez konieczność targania jej na 2 piętro. Nic to, jest dobrze.

Można udać się pod prysznic. Hasło na dziś: ?orientuj się". W szkole jest kilka stanowisk prysznicowych, kolejka i nie za ciepła woda. Po drugiej stronie stadionu, kolejki nie ma i woda jest bardziej niż ciepła. Decyzja była prosta.

Po doprowadzeniu siebie do stanu przypominającego człowieka, wracam po rower. Kolejki do myjki już nie ma, za to jest błoto po kostki w miejscu gdzie się zwykle stoi myjąc rower. Przepuszczam chętnych do błotnej kąpieli przodem, czekając na stanowisko z kawałkiem betonu. Rower wraca do bikeparku już bez żadnych komplikacji.

Szybka kalkulacja potrzeb i zasobów ubraniowych wychodzi pozytywnie, więc prania robić nie trzeba. Buty lądują na parapecie, gdzie jeszcze przez chwilę zaglądało słońce. Pobieram czeskie piwo i przegryzając odebrane z bufetu na mecie kanapki obserwuję proces schnięcia wypranych wczoraj ciuchów rozwieszonych na płocie nowiutkiego placu zabaw.

Chwilę później udajemy się na obiad do jakiegoś ośrodka kolonijnego obok szkoły. Nie pamiętam co było na obiad. Szalejąca w okolicy burza zmusza mnie do szybkiej konsumpcji. Na płocie wiszą prawie suche ubrania i głupio będzie jak je deszcz zmoczy. Burza jednak przeszła bokiem, a ja wróciłem na ławeczkę obserwować proces schnięcia, który w zasadzie dobiegał już końca.

Żeber coś tam marudzi, że trzeba się zorientować w ofercie gastronomicznej, coby wieczorem coś dojeść, więc ruszamy w miasto. Górująca nad Bardem Kalwaria robi wrażenie. Między drzewami widać kilka stacji drogi krzyżowej, które mijaliśmy na ostatnim tego dnia zjeździe. Kierujemy się w stronę centrum i znajdujemy kilka gastronomii, które czynne są do akceptowalnej godziny wieczornego posiłku.

Wracamy na ławeczkę celem konsumpcji czeskiego piwa. Obok rozłożył się Grzesiek i babrał się przy rowerach. Tak mija kilka następnych browarów. KTR wraca szczęśliwy, bo po kilku próbach w końcu udało mu się zostawić rower u czeskich mechaników. Jakaś bardziej zawiła historia, w którą nie chce mi się wnikać. Fakt, że rower ma być gotowy następnego dnia rano.

Chwila wylegiwania i udajemy się na wieczorne dojadanie. Miało być w restauracji w centrum, skończyło się w pizzerii na przedmieściach. Standardowo kebab, niestandardowo ze Spritem. Piwa już dość na dziś. Trzeba myśleć o innych i nie chodzić w nocy do kibla. Rozmowy toczą się jak zwykle na temat dzisiejszego odcinka i ewentualnych trudnościach tego nadchodzącego.

Wracamy do szkoły, zabieram wypchane gazetami buty z parapetu i po zwyczajowych czynnościach kładę się spać. Dziś bez większych przeszkód i atrakcji sali gimnastycznej.

 


Etap 4 - Bardo Śląskie (PL) - Głuszyca (PL) - 55km

img_0960Pobudka znowu o 6. Szybkie zebranie się w sobie i można iść na śniadanie. Troszkę hardcorem trąci parka, która najwyraźniej spędziła noc w śpiworach, pod krzakiem. Różni ludzie, rożne potrzeby. Ośrodek kolonijny dla dzieci, więc o kawie można tylko pomarzyć. Trudno, jakoś trzeba będzie sobie z tym poradzić. Coś zjadam, chyba znowu jajecznice i płatki śniadaniowe. Znowu wracamy na doleżenie do 9, pakowanie, torba na ciężarówkę, rower na smarowanie łańcucha i można czekać na start.

zeber4W między czasie delikatny rozjazd, bardzo delikatny. Niewielka górka obok szkoły przypomina nogom, że to już kolejny dzień jazdy. Może za chwilę dojdą do siebie, a może nie. Zobaczymy. Wracam na stadion z ławek dla kibiców obserwuję przygotowania do startu. Po boisku kręci się kilkudziesięciu rowerzystów, z daleka wyglądają jak kolorowe mrówki, każdy w innym kierunku. Ze szkolnych okien i parapetów znikają ostatnie części garderoby, słońce świeci i zapowiada kolejny piękny dzień na rowerze.

 

Kilka godzin później

pyra4Zaczynamy na boisku i przejazdem przez centrum Barda opuszczamy to ciche i malowniczo położone miasteczko. Gazetka straszyła dużą ilością przewyższeń na niedużym przecież dystansie. Dodatkowo na tym etapie było najwięcej rannych w ciągu całej historii imprezy, więc może być trudno.

Pierwszy podjazd kończy się tak na prawdę na 38 km. Przerywany chwilami przez krótkie zjazdy. Męczące to, ale podłoże sprzyja jeździe. Jest sucho i jazda pod górę nie jest utrudniana przez klejące się podłoże. Mijamy różne szczyty, jeden za drugim. Zgodnie z informacjami z gazetki mamy do przejechania 8 przełęczy, ale kto by tam liczył.

anki4W okolicy Łysej Góry przejeżdżamy nieczynnym akweduktem. Do ziemi kawałek, a przy 2,5 metrowej szerokości ścieżce nie ma żadnych barierek. Nie stanowi to jednak problemu. Zaraz za akweduktem ostro w prawo i niemal pionowa ściana w krzakach.

Przodem jedzie mix posługujący się na co dzień językiem, w którym każde słowo brzmi jak nazwa broni. Ona odpadła po kilku metrach, zatrzymując się rozsądnie w krzakach, usuwając tym rower ze ścieżki. On był twardszy i wszystko ok, tylko wolniej niż się dało. Trudno. Sam zjazd nie był trudny, podłoże dobrze trzymało, a szerokość była wystarczająca nawet dla mojej kierownicy.

Zjazd kończy się krótkim, ale stromym podjazdem. Pewnie da się to podjechać, ale dawno nie spacerowałem z rowerem, więc końcówkę podprowadzam. Kawałek asfaltem i dojeżdżam do bufetu. Tam spotykam Anki i dalej jedziemy razem.

Robi się ciekawie. Jedziemy wałem, czy innym murem wokół ruin jakiegoś zamku. Po prawej pionowa ściana w dół, nie więcej niż 4m, z lewej nasyp podobnej wysokości, zarośnięty młodymi drzewkami. Podobno tą cześć zwiedzał jeden z pilotów motocyklem, ale nie byłem świadkiem tej akcji.

Dalsza droga na Wielką Sowę dobija. Przeważnie da się jechać, ale jest wiele miejsc, gdzie rower trzeba wpychać na górę. Mam dość, gorąco i pchanie roweru to zdecydowanie wystarczający powód do utraty dobrego humoru. Na kolejnym z rzędu podejściu wzdłuż szlaku w dół zbiega pies. Nie wiedzieć czemu, wszystkim poprawia to nastrój. ?o niedźwiedź", ?nie, to wilk". Nie ważne, trzeba iść dalej. Troszkę się przypłaszczyło, więc dosiadam roweru i pęka szprycha. Mało tego, pęka szprycha na której jest magnes od czujnika prędkości. Wyłamuję luźny koniec, 3cm kawałek z magnesem zostaje w obręczy i jadę dalej.

Po kilku kilometrach, spotykamy dwójkę młodzieńców zbiegających z góry. ?Widzieliście małego psa, nie biegł tędy?". Po wyjaśnieniu, gdzie widziano psa młodzieńcy machnąwszy ręką wracają tam, skąd przyszli. Doszli do wniosku, że pies biegnie do domu, więc nie ma się co przejmować.

zeber3Końcówka podjazdu na wielką sowę nachyleniem nie powala, za to powala nawierzchnią. Równie dobrze można jechać rumowiskiem skalnym. Udaje się znaleźć ścieżkę obok, gdzie przeważają korzenie, ale ta zaraz się kończy. Anka Tomica robi coś dziwnego, rusza i upada. Co w tym dziwnego? W jej rowerze tylne koło wypadło z ramy, zupełnie jak by było nieprzykręcone. Po kilku dłuższych chwilach walki z podjazdem docieramy na Wielką Sowę. Kto to widział, żeby stawiać w górach latarnie morską?

Zjazd z wielkiej Sowy to klasyk tych okolic. Kamienna rynna, z luźnymi kamieniami. Już na samym początku mało brakowało do konkretnego OTB, ale jakoś udało się wybronić. Dalej to już tak jak zawsze. Kolana szeroko, nogi luźno a rower niech jedzie jak chce. Przy schronisku wjeżdżamy na żółty szlak, prędkość zacna i kawałek muldy wybija w powietrze. Lądowanie kilka metrów dalej na fragmencie asfaltu. Mijam ekipę belgów łatających dętkę, to już kolejny raz na dzisiejszym i nie tylko etapie.

Zielonym szlakiem dojeżdżamy do asfaltu i jadąc lekko pod górę mijamy Sokolec. Po lewej jakas kwatera turystyczna. Nazwa mnie zaintrygowała ?Willa z widokiem na dolinę". Jaką dolinę, przecież tu nic takiego nie ma, odwróciłem się i zaiste, widok mnie powalił (nie dosłownie). Rozciągający się widok robił takie wrażenie, że aż się zatrzymałem pokontemplować.

bresio5Chwila rozmowy z Amerykanami, ich widok tez zachwycił i ruszam dalej. Do podjechania została Mała Sowa i jeszcze jeden niedługi podjazd na masyw Włodarza. Droga na Małą Sowę była nudna, nie ma co tu napisać. Za to zjazd szybki i miejscami niebezpieczny. Przy otwartym szlabanie, na samej końcówce przypomniał mi się ten zjazd sprzed kilku lat. Wysypany świeżym kruszywem w postaci kamiennych kulek średnicy około 1cm, nie zapewniających żadnej trakcji. Skierowana w pożądaną stronę opona turlała się na tych pieprzonych kamykach, a rower dalej jechał poprzednim torem. Pamiętam kilka śladów hamowania zakończonych na tym szlabanie. Teraz było dużo lepiej.

Szybki kawałek asfaltem i znowu koledzy z Belgii łatają dętki. Coś nie mają szczęścia. Kolejny podjazd - podejście. Przez las, po trawie, ale to nic. To już przecież końcówka tego etapu. Po wyjściu z lasu znowu kawałek asfaltu i ostatni bufet na tym etapie. Po co bufet, do końca przecież tylko 10km, z czego większa część w dół. Nic to, najadam się , czekam na Anki i jedziemy dalej.

Przez Masyw Włodarza prowadzą leśne drogi wysypane kamieniem, utwardzone, zagęszczone mechanicznie czy jak tak kto umiał. Tak czy inaczej jedzie się przyjemnie, bez większych oporów ze strony podłoża. Ostatnie 5km to jazda tylko w dół, takimi właśnie drogami. Miejscami kamienie są luźne, co daje dodatkowe emocje, zwłaszcza na zakrętach. Okolica znajoma, i chwilę później wjeżdżam na metę. Stąd jeszcze kawałek do stadionu, ale już tylko w dół.

 

Wyniki:

1 Jelmer Pietersma (1982) NLD Milka Trek MTB Racing Team 02:57:50

33 Piotr Kaszubiak (1979) POL - 03:47:42

63 Piotr Żebrowski (1973) POL PTR Dojlidy 3 04:07:54

126 Grzegorz Paciejuk (1986) POL PTR Dojlidy Białystok 04:38:11

138 Piotr Dzienis (1985) POL PTR Dojlidy Białystok 04:43:13

140 Stanisław Ruchlicki (1983) POL PTR Dojlidy Białystok 04:47:56

153 Kasia Rams (1987) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 04:56:30

154 Grzegorz Jemioło (1985) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 04:56:31

174 Mariusz Korolczuk (1979) POL PTR Dojlidy 05:13:07

208 Tomek Breś (1980) POL PTR Dojlidy Białystok 06:21:51

215 Anki Suś i Tomica POL Gomola Trans Airco AWZ 06:28:36

Ostatni zawodnik dojechał na metę po 07:13:27 jazdy.

Wyniki etapu

Track GPS

Przy myjkach znowu nie ma kolejki, więc rower od razu trafia do mycia. Kontrola stanu klocków hamulcowych wykazuje znikome użycie po tym etapie. Jestem lekko zaskoczony, zwłaszcza że na MTB Trophy w 2009 roku klocki znikały po każdym etapie. Lekko zaskoczony jadę do szkoły.

Zawsze jak jadę przez Głuszycę, to mam wrażenie, że to zapomniana przez wszystkich dziura na końcu świata. Może to przez mentalność ludzi, przyzwyczajonych do Niemca Pana, który o wszystko zadbał i dał pracę. Trudno, miasteczko nie robi dobrego wrażenia. Okolica usiana niemieckimi, podziemnymi inwestycjami z czasów wojny, legendy o kustoszach pilnujących pozostawionych przez Panów Niemców skarbów zakopanych w okolicy itp. Kto wie, może coś w tym jest ;)

Rower zostawiam w bikeparku, z prośbą o pozostawienie go na boku. Dziś jedyna doraźna naprawa na całym Challenge'u. Ułamana szprycha musi być wymieniona, ale to później. Żeber wskazuje drogę do sali, gdzie mamy spanie. Po drodze zahaczam o dystrybutorek z piwem :)

Dziś znowu ciepła woda pod prysznicem, mało tego kabinki zasłonięte folią z worków na śmieci dają niewielkie, ale jednak, poczucie komfortu. Woda gorąca nie jest, ale nie jest zimna. Doprowadzenie się do człowieczeństwa chwilę zajmuje, ale jest to całkiem przyjemna chwila. Trzeba kończyć odmaczanie, dziś obiad znowu wyjazdowy.

Korzystając z okazji zabieramy się do restauracji razem z Grześkiem Golonką. To nic, że jest nas o jeden więcej niż przewidziana ilość miejsc w samochodzie. To tylko 3 km, więc ekipa z tylnej kanapy dzielnie to znosi.

Miejsca dla całej piątki przy jednym stoliku się nie znajdzie, każdy siada gdzie się da i czekamy na podanie. Po delikatnym zwróceniu na siebie uwagi dostajemy wazę pomidorówki. We dwóch, z KTR'em damy radę. Po sali błąka się Stasiej w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. W końcu i do jego stolika trafia kelnerka z zupą. Po zupie czas na makaron z sosem. Jest tego tyle, że nie część zostawiam. Niektórzy jeszcze dopychają się ciastem drożdżowym, ja mam dość.

Wracamy do szkoły. Kolejne piwko. Trzeba zająć się rowerem. Wymiana szprychy idzie szybko i bez problemów. Kilka zdjęć tego, co zostało w obręczy, a zostało niewiele. Na 3 cm fragmencie szprychy został magnes do licznika i chyba dobrze mu było, bo kilkanaście ostatnich kilometrów dzisiejszego etapu tak właśnie przejechał. Nic to, koło wycentrowane, na oko, powinno działać.

Przed szkołą, na schodkach zaczyna się coś na kształt integracji. Bliskość podajnika piwa sprawia, że trudne się oprzeć kolejnemu kubkowi. Na trawniku kilka osób zrobiło sobie warsztat i grzebią w rowerach. Obok warsztat otworzyli czescy mechanicy i tam zdecydowanie więcej się działo.

Wieczór mija na konsumpcji piwa, rozmowach i rozmowach. W między czasie próbujemy namierzyć jakiś lokal, w którym można wieczorem dojeść. Niestety najbliżej położona pizzeria jest zamknięta urlopowo. Szkoda, ale obok szkoły otwarty jest sapermarket z nazwą na D.

Wieczorem dołącza do nas reszta ekipy PTR. Tak czy inaczej są w Głuszycy, szykując się do nadchodzącego maratonu. Krzyś przywiózł klocki hamulcowe, które mało gdzie można kupić. Jak się ma 10 letnie hamulce, to nawet nie dziwne.

Przed spaniem analiza jutrzejszego, ostatniego etapu. Zjazd do Sokołowska zapowiada się jak zwykle ciekawie, gorzej z pieprzoną ścieżką graniczną. Lekko po 22 kładę się spać.

 


Etap 5 - Głuszyca - Kudowa Zdrój - 76 km

zeber5Poranne standardy obowiązują. Pobudka o 6, wyjazd na śniadanie. Jedzenie, kawa, kupa. Potem przebieranie, pakowanie i można jechać. Pogoda znowu dopisuje, a na stadionie w Głuszycy znowu są ławki dla kibiców, z których można obserwować przygotowania do startu. Kilka chwil przed startem pojawiają się Krzyś, Olo i Maciek. Przyjechali kibicować;) Chwilę później, wybija 10 i Garmin zaczyna odliczać kilometry do koszulki finiszera :)

Meta

 

Ruszamy ze stadionu. Pogoda znowu się spisała, świeci słońce i nie zapowiada się, że na trasie będzie dużo błota. Po kilku kilometrach asfaltu wjeżdżamy do lasu. Podjazd ciągnie się przez 7 km i z kilkoma mniejszymi i mniejszymi wahnięciami prowadzi prosto do Sokołowska.

Zjazd do Sokołowska znany chyba wszystkim uczestnikom maratonów u GG robi wrażenie. Kilkaset metrów wcześniej ślady zawracania dwóch motocykli, dla których ten fragment mógłby okazać się za ciężki. Kiedyś to zjechałem, ale dalej czuję respekt do tej trasy. Zaczyna się po korzeniach. Idzie dobrze, ale ciągnie w prawo. Ląduje w choinkach i kawałek muszę sprowadzić. Trudno, następnym razem się poprawię. Fotograf rzuca ?wiedziałem, że tu pojedziesz". Skoro tak, to siadam i jadę dalej.

Na serpentynach dużo ludzi. Znakomita większość prowadzi rowery, chociaż kilka osób próbuje jechać. Da się, byle z przodu było trochę miejsca. Dojeżdżam do Veny, stojącego mniej więcej w 1/3 długości zjazdu. Pochwala determinację, niestety tłum nie pozwala na pokonanie agrafki. Do końca zjazdu musiałem schodzić z roweru kila razy. W między czasie mijam Stasieja, który kilka razy w trakcie tego zjazdu odpoczywa przy sprowadzaniu roweru. Różnie bywa.

mthu7a09d54ca3ec2eac02a5b93d2dbce525Dalej znowu do góry, fragment znany z maratonu. Niestety, znany aż za dobrze. Prowadzący graniczną ścieżką, gdzie stromizna podjazdów nie pozostawia innego wyboru jak tylko taszczenie roweru na plecach, za koło, za cokolwiek. Mam dość. Na pierwszym takiej atrakcji dzisiejszego dnia dogania mnie Anka Tomica. Dalej jedziemy razem.

Profil pokazywał, że tu przeważnie będzie w dół. Tylko co z tego. Pionowe ścianki w dół wchodzą bez problemów. Zaraz za nimi takie same ścianki, tylko że do podejścia. Mimo słonecznej pogody, na trasie mokro, błoto i kałuże. Później się dowiedzieliśmy od Żebra, że jadący bliżej czołówki załapali się na 40 minutowy opad atmosferyczny. Czasami lepiej jechać z tyłu.

Od 33km rozpoczyna się długi, bo niemalże 10km zjazd. Początkowo prowadzi pieprzoną graniczną ścieżką, które chyba wszędzie wyglądają tak samo, dalej odbija w lewo i już bardziej normalnymi drogami prowadzi do bufetu w Tłumaczowie. Na uwagę zasługuje fragment zjazdu polną drogą, kończący się przejazdem przez strumień. Buty mokre, a obok mostek. Kto by się tam przejmował.

Szybki posiłek na bufecie, mycie okularów i jedziemy dalej. Dwa kilometry asfaltowego podjazdu obok kamieniołomu. Jakiś szlaban i znak z informacją, o strefie rozrzutu kamienia. Fajnie, coś wysadzają. Anię Suś zatrzymali przed szlabanem wjazdowym i musiała poczekać na detonację. Wyjeżdżając ze strefy, trafiamy na zamknięty szlaban. Pracownik nie wpuszcza samochodów. Mijamy go i dalej 10 km asfaltowej drogi. No powiedzmy, że asfaltowej i powiedzmy że drogi. Na jednym z domów w miejscowości Gajów, właściciel powiesił znak ?Za stan drogi odpowiada urząd gminy, numer telefonu: ...". Dobre!!

turistou_na_bikechallenge_2011_5etapa3Przed nami niesamowity widok, na horyzoncie ściana gór stołowych. Wszystkie podobnej wysokości, jak odcięte nożem. Problemem może być to, że Kudowa jest po drugiej stronie i trzeba to będzie jakoś podjechać. To tylko 10 km, jakoś się uda.

Asfaltowa część podjazdu szybko się kończy i wjeżdżamy do lasu. Męcząca trasa po kamieniach. W zasadzie bardziej przypomina to brukowaną drogę, tylko że kostka jest tak nieregularna, jak tylko się da. Tak dojeżdżamy na Suchy Vrch. Przez chwilę byliśmy znowu po czeskiej stronie.

Dojeżdżamy do Pasterki. Po lewej stronie mijamy Strzeliniec Wielki. Jak to dobrze, że nie musimy tam wjeżdżać. Łatwiejszy fragment niebieskim szlakiem prowadzi przez łąki. Pogoda jest piękna, świeci słońce i można podziwiać widoki. Wyprzedzamy zawodnika z numerem startowym BOB, który zatrzymuje się co kilkaset metrów i robi zdjęcia okoliczności przyrody.

mthu4374128926d2d99c8ce1f741d7b18736Na bufecie w Karłowie czekamy chwilę na Anię Suś. Miała problemy z rowerem. Trochę nam głupio, bo krzyczała, ale nikt nie usłyszał i została sama. Na szczęście Państwo Swat pomogli i już chwilę później dojechała do nas. Szybki posiłek i jedziemy dalej. Już niedaleko, tylko 15km, przeważnie w dół.

Ruszamy asfaltem, szosą stu zakrętów, z której na chwilę zjeżdżamy i po krótkim podjeździe, omijając Lisią Przełęcz wracamy. Asfaltowy zjazd ciągnie się do 67km, gdzie opuszczamy szosę i jedziemy czerwonym szlakiem w kierunku Belkowej Góry. Tą okolicę znamy z czasówki pierwszego dnia, więc już nie może być daleko.

Jeszcze tylko jeden bardziej techniczny zjazd i zdawałoby się, że powinien być koniec. Asfaltem wjeżdżam do Kudowy, przez Czermną. Z prawej zostaje Kaplica Czaszek. Ten asfalt prowadzi prosto do mety i ucieszony tą wiadomością zupełnie nie zwracam uwagi na pojawiający się na Garminie podjazd.

maniekOczywiście, że końcówka nie mogła być tak piękna, jak by się mogło wydawać. Kilometr przed metą trzeba wjechać brukowaną drogą, jakieś 300m na Górę Parkową, pod sam maszt RTV stojący na szczycie. Dalej trasą czasówki, tyle że w przeciwnym kierunku. To tu było aż tak pod górę? Od Kapliczki zaczyna się seria trzech czy czterech trudnych zjazdów. Trudność głównie polega na dużym nienastrojeniu i konieczności wykonania zwrotu o 90 stopni na końcu. Wszystko zjechane. Jeszcze tylko schodki, szybki przelot przez asfalt, pierwsza brama, barierki, meta.

 

Wyniki:

1 Tim Wynants (1987) BEL Milka Trek MTB Racing Team 03:45:05

33 Piotr Kaszubiak (1979) POL - 04:31:24

82 Piotr Żebrowski (1973) POL PTR Dojlidy 3 05:01:40

86 Grzegorz Paciejuk (1986) POL PTR Dojlidy Białystok 05:07:04

112 Mariusz Korolczuk (1979) POL PTR Dojlidy 05:26:45

136 Kasia Rams (1987) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 05:43:25

167 Grzegorz Jemioło (1985) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 05:43:26

142 Piotr Dzienis (1985) POL PTR Dojlidy Białystok 05:46:22

157 Stanisław Ruchlicki (1983) POL PTR Dojlidy Białystok 06:03:13

197 Tomek Breś (1980) POL PTR Dojlidy Białystok 07:09:51

200 Ania Suś i Tomica POL Gomola Trans Airco AWZ 07:17:20

Ostatni zwodnik ukończył etap w czasie 07:51:02.

Wyniki etapu

Track GPS

Koniec, udało się, chociaż na początku sam w to nie wierzyłem. Przed startem nachodziły mnie różne myśli, najczęściej taka, że jestem głupcem wybierając się na taki wyścig bez większych przygotowań. Teraz to już mało istotne, odbieram czerwoną jak ogień piekielny koszulkę finiszera i czuję się zajebiście dobrze. Rezultat jaki jest, taki jest. Można było lepiej. Dużą zasługę w moim do mety dotarciu odegrali koledzy z drużyny, którzy mimo zmęczenia potrafili ogarnąć logistykę po ukończeniu etapów i zorganizować miejsce do spania. Dziękuję wam za to.

Przy stoliku kręci się kilku znajomych (z twarzy) zawodników, którzy nie podołali wyzwaniu. Niektórzy wycofali się na ostatnim etapie. Po twarzach widać, że żałują, ale dobrze wiemy jak blisko sami bywaliśmy takich decyzji i jak dobrze mieć obok kogoś, kto w danym momencie powie ?dasz radę".

Ciężarówka z torbami stoi dziś niedaleko deptaka, kawałek dalej są prysznice zorganizowane w budynkach basenu. Znowu gorąca woda i znowu stado gołych facetów pod prysznicem. Najważniejsze, że woda gorąca. Szybko doprowadzam się do człowieka, potem jeszcze szybciej udaję się na obiad. Odstawiam rower do szkoły, gdzie Żeber zajął już kawałek podłogi i pędzę po samochód. Trochę zamieszania było z tym wszystkim, ale powoli się ogarniamy.

Chwilę po 17 idziemy do baru mlecznego coś dojeść. Od 18 zaczyna się zakończenie imprezy, dekoracje pamiątkowa fota wszystkich finiszerów i bankiet. Zmontowany w nocy film podsumowujący całą imprezę robi wrażenie, pokaz zdjęć również. Panuje wesoła atmosfera tylko tylko czeskiego piwa brak.

Dalsze świętowanie przenosimy do szkoły. Zakupy w biedronce i drinki proponowane przez KTR'a robiły wrażenie. Cześć zagranicznej ekipy, rozłożona w tej samej sali wymiękła i przenieśli się gdzieś indziej. Jeden twardziel został i chyba nie za dobrze mu to wyszło, ale trzeba przyznać, że był dzielny. Może KTR niepotrzebnie go bił po łapach, jak próbował przelać wódkę do soku, ale co poradzić.

Idziemy spać i to nie po raz ostatni na szkolnej podłodze. Następnego dnia przeniesiemy się znowu do Głuszycy, kontynuować zabawę w prawdziwe kolarstwo górskie. KTR, Stasiej i Grzesiek wracają do Białegostoku, Ja, Maniek i Żeber zostajemy w kotlinie Kłodzkiej do niedzieli. Ale to zupełnie inna historia.

Podsumowując całą imprezę, przez 5 etapów nie zaliczyłem żadnej gleby, a rower nie uległ żadnym uszkodzeniom, poza wspomnianą ułamaną szprychą. Chyba mogę mówić o szczęściu. Pozdrawiam wszystkich czytających, którzy dotrwali do końca tego przydługiego opisu i do zobaczenia na trasie.

 

Wyniki generalki SOLO:

1 Jelmer Pietersma Milka Trek MTB Racing Team [NLD] 18:10:13

2 Bart Brentjens Milka Trek MTB Racing Team [NLD] 18:21:37

3 Sebastian Szraucner Team Berg Germany [GER] 19:22:45

...

19 Piotr Kaszubiak -[POL] 22:40:52

34 Piotr Żebrowski PTR Dojlidy 3 [POL] 24:11:26

44 Grzegorz Paciejuk PTR Dojlidy Białystok [POL] 25:03:50

62 Piotr Dzienis PTR Dojlidy Białystok [POL] 27:19:26

80 Stanisław Ruchlicki PTR Dojlidy Białystok [POL] 30:05:57

82 Mariusz Korolczuk PTR Dojlidy [POL] 30:30:06

98 Tomek Breś PTR Dojlidy Białystok [POL] 35:40:01

Ostatni zawodnik ukończył imprezę z czasem 39:28:50

22 zawodników solo nie ukończyło jednego, lub więcej etapów.

Wyniki SOLO

 

Wyniki generalki Team:

1 Tomáš Vokrouhlík, Martin Horák BMC-SAVO racing [CZE] 18:52:05

2 Kris Robby Meul, Henderieckx Kris teamNomadesk-Narviflex [BEL] 19:45:55

3 Michal Kaněra, Ondřej Zelený RUBENA BIRELL SPECIALIZED [CZE] 20:02:07

...

16 Artur Wydra, Weronika Rybarczyk Gomola Trans Airco Team [POL] 24:57:11

28 Kasia Rams, Grzegorz Jemioło Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team [POL] 27:56:11

47 Anna Suś, Ania Tomica Gomola Trans Airco AWZ [POL] 36:24:33

Ostatni team ukończył imprezę z czasem 40:21:18

11 drużyn nie zdołało ukończyć jednego lub więcej etapów.

Wyniki drużyn

 

W artykule wykorzystane zostały zdjęcia:

ze strony http://chomikuj.pl/Bolek0,

zdjęcia autorstwa Arka Suś,

zdjęcia ze strony http://mtbs.cz/clanek/turistou-na-sudety-mtb-challenge-2011/kategorie/ostatni autorstwa Boba Damek

oraz zdjęcia z galerii google:

https://picasaweb.google.com/simonidez/SudetyMTBChallenge2011Stage2?authuser=0&authkey=Gv1sRgCPHK9vuhley_mwE&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/107284760206821077482/SudetyMTBChallenge2011Stage3?authuser=0&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/107284760206821077482/SudetyMTBChallenge2011Stage4?authuser=0&feat=directlink

https://picasaweb.google.com/110242398530873842841/MTBChallenge2011?authuser=0&feat=directlink

Jeżeli któreś ze zdjęć narusza prawa autora, to prosze o informację, zostanie usunięte.

 

Pojawił się też film krótko streszczający całą imprezę autorstwa Krzysztofa Rybarczyka zamieszczony poniżej.

SUDETY MTB Challenge 2011 trailer from Krzysztof Rybarczyk on Vimeo.

Komentarze  

 
#2 Olo 2011-09-02 14:05
Mimo że już uczyniłem to osobiście, to jeszcze raz, na forum publicum, chcę wszystkim pogratulować ukończenia MTB Challenge 2011. Prawdziwy wyczyn. Szacun.
PS. Bresio, dzięki za świetną, klimatyczną relację!
 
 
#1 Krzysiek 2011-09-02 02:06
Jest 2:05 w nocy, cały dzień przymierzałem się żeby to przeczytać i wreszcie skończyłem :-) Podziwiam i za ukończenie, bo znam to z autopsji i za szczegółową relację z przeżyciami, bo mi już się nie chce takich pisać. Dwa razy poprawiłem Istebną na Głuszycę, ale to pewnie przez ostatnie planowanie wyjazdu na finał Ci tak wyszło. A czy żałuję że nie pojechałem z Wami... tylko jak widzę koszulkę finishera :-)