Sudety MTB Challenge 24-29.07.2011

Etap 4 - Bardo Śląskie (PL) - Głuszyca (PL) - 55km

img_0960Pobudka znowu o 6. Szybkie zebranie się w sobie i można iść na śniadanie. Troszkę hardcorem trąci parka, która najwyraźniej spędziła noc w śpiworach, pod krzakiem. Różni ludzie, rożne potrzeby. Ośrodek kolonijny dla dzieci, więc o kawie można tylko pomarzyć. Trudno, jakoś trzeba będzie sobie z tym poradzić. Coś zjadam, chyba znowu jajecznice i płatki śniadaniowe. Znowu wracamy na doleżenie do 9, pakowanie, torba na ciężarówkę, rower na smarowanie łańcucha i można czekać na start.

zeber4W między czasie delikatny rozjazd, bardzo delikatny. Niewielka górka obok szkoły przypomina nogom, że to już kolejny dzień jazdy. Może za chwilę dojdą do siebie, a może nie. Zobaczymy. Wracam na stadion z ławek dla kibiców obserwuję przygotowania do startu. Po boisku kręci się kilkudziesięciu rowerzystów, z daleka wyglądają jak kolorowe mrówki, każdy w innym kierunku. Ze szkolnych okien i parapetów znikają ostatnie części garderoby, słońce świeci i zapowiada kolejny piękny dzień na rowerze.

 

Kilka godzin później

pyra4Zaczynamy na boisku i przejazdem przez centrum Barda opuszczamy to ciche i malowniczo położone miasteczko. Gazetka straszyła dużą ilością przewyższeń na niedużym przecież dystansie. Dodatkowo na tym etapie było najwięcej rannych w ciągu całej historii imprezy, więc może być trudno.

Pierwszy podjazd kończy się tak na prawdę na 38 km. Przerywany chwilami przez krótkie zjazdy. Męczące to, ale podłoże sprzyja jeździe. Jest sucho i jazda pod górę nie jest utrudniana przez klejące się podłoże. Mijamy różne szczyty, jeden za drugim. Zgodnie z informacjami z gazetki mamy do przejechania 8 przełęczy, ale kto by tam liczył.

anki4W okolicy Łysej Góry przejeżdżamy nieczynnym akweduktem. Do ziemi kawałek, a przy 2,5 metrowej szerokości ścieżce nie ma żadnych barierek. Nie stanowi to jednak problemu. Zaraz za akweduktem ostro w prawo i niemal pionowa ściana w krzakach.

Przodem jedzie mix posługujący się na co dzień językiem, w którym każde słowo brzmi jak nazwa broni. Ona odpadła po kilku metrach, zatrzymując się rozsądnie w krzakach, usuwając tym rower ze ścieżki. On był twardszy i wszystko ok, tylko wolniej niż się dało. Trudno. Sam zjazd nie był trudny, podłoże dobrze trzymało, a szerokość była wystarczająca nawet dla mojej kierownicy.

Zjazd kończy się krótkim, ale stromym podjazdem. Pewnie da się to podjechać, ale dawno nie spacerowałem z rowerem, więc końcówkę podprowadzam. Kawałek asfaltem i dojeżdżam do bufetu. Tam spotykam Anki i dalej jedziemy razem.

Robi się ciekawie. Jedziemy wałem, czy innym murem wokół ruin jakiegoś zamku. Po prawej pionowa ściana w dół, nie więcej niż 4m, z lewej nasyp podobnej wysokości, zarośnięty młodymi drzewkami. Podobno tą cześć zwiedzał jeden z pilotów motocyklem, ale nie byłem świadkiem tej akcji.

Dalsza droga na Wielką Sowę dobija. Przeważnie da się jechać, ale jest wiele miejsc, gdzie rower trzeba wpychać na górę. Mam dość, gorąco i pchanie roweru to zdecydowanie wystarczający powód do utraty dobrego humoru. Na kolejnym z rzędu podejściu wzdłuż szlaku w dół zbiega pies. Nie wiedzieć czemu, wszystkim poprawia to nastrój. ?o niedźwiedź", ?nie, to wilk". Nie ważne, trzeba iść dalej. Troszkę się przypłaszczyło, więc dosiadam roweru i pęka szprycha. Mało tego, pęka szprycha na której jest magnes od czujnika prędkości. Wyłamuję luźny koniec, 3cm kawałek z magnesem zostaje w obręczy i jadę dalej.

Po kilku kilometrach, spotykamy dwójkę młodzieńców zbiegających z góry. ?Widzieliście małego psa, nie biegł tędy?". Po wyjaśnieniu, gdzie widziano psa młodzieńcy machnąwszy ręką wracają tam, skąd przyszli. Doszli do wniosku, że pies biegnie do domu, więc nie ma się co przejmować.

zeber3Końcówka podjazdu na wielką sowę nachyleniem nie powala, za to powala nawierzchnią. Równie dobrze można jechać rumowiskiem skalnym. Udaje się znaleźć ścieżkę obok, gdzie przeważają korzenie, ale ta zaraz się kończy. Anka Tomica robi coś dziwnego, rusza i upada. Co w tym dziwnego? W jej rowerze tylne koło wypadło z ramy, zupełnie jak by było nieprzykręcone. Po kilku dłuższych chwilach walki z podjazdem docieramy na Wielką Sowę. Kto to widział, żeby stawiać w górach latarnie morską?

Zjazd z wielkiej Sowy to klasyk tych okolic. Kamienna rynna, z luźnymi kamieniami. Już na samym początku mało brakowało do konkretnego OTB, ale jakoś udało się wybronić. Dalej to już tak jak zawsze. Kolana szeroko, nogi luźno a rower niech jedzie jak chce. Przy schronisku wjeżdżamy na żółty szlak, prędkość zacna i kawałek muldy wybija w powietrze. Lądowanie kilka metrów dalej na fragmencie asfaltu. Mijam ekipę belgów łatających dętkę, to już kolejny raz na dzisiejszym i nie tylko etapie.

Zielonym szlakiem dojeżdżamy do asfaltu i jadąc lekko pod górę mijamy Sokolec. Po lewej jakas kwatera turystyczna. Nazwa mnie zaintrygowała ?Willa z widokiem na dolinę". Jaką dolinę, przecież tu nic takiego nie ma, odwróciłem się i zaiste, widok mnie powalił (nie dosłownie). Rozciągający się widok robił takie wrażenie, że aż się zatrzymałem pokontemplować.

bresio5Chwila rozmowy z Amerykanami, ich widok tez zachwycił i ruszam dalej. Do podjechania została Mała Sowa i jeszcze jeden niedługi podjazd na masyw Włodarza. Droga na Małą Sowę była nudna, nie ma co tu napisać. Za to zjazd szybki i miejscami niebezpieczny. Przy otwartym szlabanie, na samej końcówce przypomniał mi się ten zjazd sprzed kilku lat. Wysypany świeżym kruszywem w postaci kamiennych kulek średnicy około 1cm, nie zapewniających żadnej trakcji. Skierowana w pożądaną stronę opona turlała się na tych pieprzonych kamykach, a rower dalej jechał poprzednim torem. Pamiętam kilka śladów hamowania zakończonych na tym szlabanie. Teraz było dużo lepiej.

Szybki kawałek asfaltem i znowu koledzy z Belgii łatają dętki. Coś nie mają szczęścia. Kolejny podjazd - podejście. Przez las, po trawie, ale to nic. To już przecież końcówka tego etapu. Po wyjściu z lasu znowu kawałek asfaltu i ostatni bufet na tym etapie. Po co bufet, do końca przecież tylko 10km, z czego większa część w dół. Nic to, najadam się , czekam na Anki i jedziemy dalej.

Przez Masyw Włodarza prowadzą leśne drogi wysypane kamieniem, utwardzone, zagęszczone mechanicznie czy jak tak kto umiał. Tak czy inaczej jedzie się przyjemnie, bez większych oporów ze strony podłoża. Ostatnie 5km to jazda tylko w dół, takimi właśnie drogami. Miejscami kamienie są luźne, co daje dodatkowe emocje, zwłaszcza na zakrętach. Okolica znajoma, i chwilę później wjeżdżam na metę. Stąd jeszcze kawałek do stadionu, ale już tylko w dół.

 

Wyniki:

1 Jelmer Pietersma (1982) NLD Milka Trek MTB Racing Team 02:57:50

33 Piotr Kaszubiak (1979) POL - 03:47:42

63 Piotr Żebrowski (1973) POL PTR Dojlidy 3 04:07:54

126 Grzegorz Paciejuk (1986) POL PTR Dojlidy Białystok 04:38:11

138 Piotr Dzienis (1985) POL PTR Dojlidy Białystok 04:43:13

140 Stanisław Ruchlicki (1983) POL PTR Dojlidy Białystok 04:47:56

153 Kasia Rams (1987) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 04:56:30

154 Grzegorz Jemioło (1985) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 04:56:31

174 Mariusz Korolczuk (1979) POL PTR Dojlidy 05:13:07

208 Tomek Breś (1980) POL PTR Dojlidy Białystok 06:21:51

215 Anki Suś i Tomica POL Gomola Trans Airco AWZ 06:28:36

Ostatni zawodnik dojechał na metę po 07:13:27 jazdy.

Wyniki etapu

Track GPS

Przy myjkach znowu nie ma kolejki, więc rower od razu trafia do mycia. Kontrola stanu klocków hamulcowych wykazuje znikome użycie po tym etapie. Jestem lekko zaskoczony, zwłaszcza że na MTB Trophy w 2009 roku klocki znikały po każdym etapie. Lekko zaskoczony jadę do szkoły.

Zawsze jak jadę przez Głuszycę, to mam wrażenie, że to zapomniana przez wszystkich dziura na końcu świata. Może to przez mentalność ludzi, przyzwyczajonych do Niemca Pana, który o wszystko zadbał i dał pracę. Trudno, miasteczko nie robi dobrego wrażenia. Okolica usiana niemieckimi, podziemnymi inwestycjami z czasów wojny, legendy o kustoszach pilnujących pozostawionych przez Panów Niemców skarbów zakopanych w okolicy itp. Kto wie, może coś w tym jest ;)

Rower zostawiam w bikeparku, z prośbą o pozostawienie go na boku. Dziś jedyna doraźna naprawa na całym Challenge'u. Ułamana szprycha musi być wymieniona, ale to później. Żeber wskazuje drogę do sali, gdzie mamy spanie. Po drodze zahaczam o dystrybutorek z piwem :)

Dziś znowu ciepła woda pod prysznicem, mało tego kabinki zasłonięte folią z worków na śmieci dają niewielkie, ale jednak, poczucie komfortu. Woda gorąca nie jest, ale nie jest zimna. Doprowadzenie się do człowieczeństwa chwilę zajmuje, ale jest to całkiem przyjemna chwila. Trzeba kończyć odmaczanie, dziś obiad znowu wyjazdowy.

Korzystając z okazji zabieramy się do restauracji razem z Grześkiem Golonką. To nic, że jest nas o jeden więcej niż przewidziana ilość miejsc w samochodzie. To tylko 3 km, więc ekipa z tylnej kanapy dzielnie to znosi.

Miejsca dla całej piątki przy jednym stoliku się nie znajdzie, każdy siada gdzie się da i czekamy na podanie. Po delikatnym zwróceniu na siebie uwagi dostajemy wazę pomidorówki. We dwóch, z KTR'em damy radę. Po sali błąka się Stasiej w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. W końcu i do jego stolika trafia kelnerka z zupą. Po zupie czas na makaron z sosem. Jest tego tyle, że nie część zostawiam. Niektórzy jeszcze dopychają się ciastem drożdżowym, ja mam dość.

Wracamy do szkoły. Kolejne piwko. Trzeba zająć się rowerem. Wymiana szprychy idzie szybko i bez problemów. Kilka zdjęć tego, co zostało w obręczy, a zostało niewiele. Na 3 cm fragmencie szprychy został magnes do licznika i chyba dobrze mu było, bo kilkanaście ostatnich kilometrów dzisiejszego etapu tak właśnie przejechał. Nic to, koło wycentrowane, na oko, powinno działać.

Przed szkołą, na schodkach zaczyna się coś na kształt integracji. Bliskość podajnika piwa sprawia, że trudne się oprzeć kolejnemu kubkowi. Na trawniku kilka osób zrobiło sobie warsztat i grzebią w rowerach. Obok warsztat otworzyli czescy mechanicy i tam zdecydowanie więcej się działo.

Wieczór mija na konsumpcji piwa, rozmowach i rozmowach. W między czasie próbujemy namierzyć jakiś lokal, w którym można wieczorem dojeść. Niestety najbliżej położona pizzeria jest zamknięta urlopowo. Szkoda, ale obok szkoły otwarty jest sapermarket z nazwą na D.

Wieczorem dołącza do nas reszta ekipy PTR. Tak czy inaczej są w Głuszycy, szykując się do nadchodzącego maratonu. Krzyś przywiózł klocki hamulcowe, które mało gdzie można kupić. Jak się ma 10 letnie hamulce, to nawet nie dziwne.

Przed spaniem analiza jutrzejszego, ostatniego etapu. Zjazd do Sokołowska zapowiada się jak zwykle ciekawie, gorzej z pieprzoną ścieżką graniczną. Lekko po 22 kładę się spać.

 

Komentarze  

 
#2 Olo 2011-09-02 14:05
Mimo że już uczyniłem to osobiście, to jeszcze raz, na forum publicum, chcę wszystkim pogratulować ukończenia MTB Challenge 2011. Prawdziwy wyczyn. Szacun.
PS. Bresio, dzięki za świetną, klimatyczną relację!
 
 
#1 Krzysiek 2011-09-02 02:06
Jest 2:05 w nocy, cały dzień przymierzałem się żeby to przeczytać i wreszcie skończyłem :-) Podziwiam i za ukończenie, bo znam to z autopsji i za szczegółową relację z przeżyciami, bo mi już się nie chce takich pisać. Dwa razy poprawiłem Istebną na Głuszycę, ale to pewnie przez ostatnie planowanie wyjazdu na finał Ci tak wyszło. A czy żałuję że nie pojechałem z Wami... tylko jak widzę koszulkę finishera :-)