Sudety MTB Challenge 24-29.07.2011

Etap 3 - Stronie Śląskie - Bardo Śląskie - 57km

Poranek był równie atrakcyjny jeżeli chodzi o odpoczynek co wieczorne zasypianie. Obsługa zaczęła pobudkę o 5:30. Znowu łażenie, ale jakoś to można zrozumieć. Natomiast zupełnie nie rozumiałem konieczności uruchamiania wichury do włosów o 5:45. No nic to, trzeba wstać.

Na śniadanie znowu jedziemy busem. Pogoda dziwna, rano mokro i chyba lekko padało. Jajecznica, kawa, kupa i można wracać do szkoły. Zauważam dwie taktyki stosowane przez zawodników. Jedni, tak jak my zrywają się o 6 na śniadanie i potem zalegają na godzinkę. Inni śpią dłużej i na śniadanie jadą później. Żeber i ja z tych pierwszych, pozostali z tych drugich. Tak czy inaczej, po powrocie można jeszcze chwilę poleżeć.

stasiej_zeber_bresioPakowanie każdy przeprowadzał w swoim czasie i nikt na nikogo nie czekał. W sumie to dobrze. Każdy mniej więcej ogarniał co ma do zrobienia przed startem i tak cyrklował czas, żeby zdążyć przed 10. Nie wiadomo jak się ubrać, więc jadę na krótko. Torba ląduje na ciężarówce, rower przechodzi szybkie smarowanie łańcucha (to chyba jedyna czynność jaką przez 5 etapów musiałem przeprowadzać przy rowerze). Założone o 9 rękawki, zdejmuję zaraz po dotarciu na start. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień. Może dziś będzie mniej błota na trasie? (aha, na pewno).

Odbieram zestaw ratunkowy od Maxima i w oczekiwaniu na start, obserwuję jak rosną paznokcie. Niepotrzebnie, bo zaczynają mi przeszkadzać. Kierunek kiosk, misja obcinacz, kupić. No, ale nie w Stroniach, tam obcinacz kupuję się w ... kwiaciarni. Ale nie było, za to dostałem dokładną instrukcję, gdzie szukać sklepu z obcinaczem. Przecież to oczywiste, w centrum, w pawilonie przy przystanku PKS. Dobrze, że nie przy nieczynnym od 10 lat kinie, tam gdzie przed wojną była apteka. Znalazłem, kupiłem i ze szponami zrobiłem porządek. Chwilę później trzeba było wsiąść na rower i znowu 5 godzin pedałować.

 

5 godzin później

anka_kasia_grzesiekStart zaczynamy 3km rundą honorową po Stroniu Śląskim. Tempo nie za duże, odpowiednie do honorów rundy. Ludzie patrzą i na pewno wydaje im się, że to takie fajne i przyjemne. Przez kilka chwil na pewno, potem bywa różnie.

Ze Stronia wyjeżdżamy w kierunku Młynowca i dalej wzdłuż strumienia na Rude zbocze. Ciągnie się ten podjazd niemiłosiernie, a to tylko 8 km. Na niebieskim szlaku w jest kilka mniej bezpiecznych odcinków, które wchodzą całkiem sprawnie.

bresio3Kolejne kilometry mijają całkiem szybko. Coś w tym musi być, podobno to najszybszy etap całej imprezy. Szybkie, szerokie górskie szutry pozwalają cieszyć się jazdą z prędkościami większymi niż 6km/h. Kilka chwil później bufet, a za nim podjazd na Borówkową Górę. Stasiej strasznie to przeżywał, w końcu ma z tą góra jakieś historyczne zatargi. Ścieżka graniczna wymęczyła chyba wszystkich. Podjazd po korzeniach wchodził całkiem dobrze, a na zjeździe trzeba się było pilnować.

Zjazd z Borówkowej to jeden z takich, po którym człowiek bardziej zmęczony niż po podjeździe. Korzenie, kamienie i uskoki, wszędzie trzeba się pilnować. Do tego grupki turystów uciekających w chaotycznych kierunkach. Ogólnie, ciekawy odcinek.

zeber1Kawałek dalej kolejny zjazd z wykrzyknikami, tym razem z Jawornika Wielkiego. Tu problemem okazało się błoto, powodujące śliskość nawierzchni. Do drugiego bufetu prowadziła szybka, szutrowa droga. W zasadzie do końca dzisiejszego etapu przeważały szybkie szutrówki.

Troszkę zaniepokojony ostatnim błotnym zjazdem wykonuję telefon do Krzysia i zamawiam klocki hamulcowe. Krzyś będzie w Głuszycy od Czwartku, więc jakieś poczucie bezpieczeństwa odnośnie hamulców jest. Ruszam dalej i kilka bezpłciowych chwil później docieram do ostatniego podjazdu.

W zasadzie to nie podjazd, dla mnie to spacer z rowerem na szczyt Kalwarii z jakimiś zabudowaniami sakralnymi. Stąd do mety już tylko w dół.

maniek1Zjazd rozpoczyna się niewinnie, tu kamień, tam korzeń i nagle jestem na szczycie głazu wielkości małego auta dostawczego. Potrzebna szybka decyzja. Wyjeżdżone dwie ścieżki, prawą i lewą stroną. Szybki rzut oka na wprost, powierzchnia głazu poprzecinana poprzecznymi nierównościami powinna zapewnić minimum trakcji. Tak też pojechałem, dupa za siodło i jadę dalej.

kasia_grzesiek1Kawałek dalej kolejny głaz, podobnej wielkości tylko inaczej ułożony. Ścieżka prowadzi prosto na ułożoną na skos gładką powierzchnię skały. Do zsunięcia się około metra w dół, i jakieś pół metra w prawo. Zobaczymy co będzie. Wjeżdżam, zsuwam się w dół, zgodnie z przewidywaniami i jadę dalej. Musiało to ciekawie wyglądać, ale nie było nikogo z aparatem.

Dalej tylko kamienista droga prowadząca do podnóża góry, gdzie leży Bardo Śląskie. Kawałek asfaltem. Po lewej mijam ciężarówkę z bagażami, dobrze że blisko szkoły i wjeżdżam na metę. Dziwne uczucie, na mecie chwilę po 15. Brakuje mi tych dodatkowych dwóch godzin jazdy ;)

 

Wyniki:

1 Jelmer Pietersma (1982) NLD Milka Trek MTB Racing Team 02:40:22

39 Piotr Kaszubiak (1979) POL - 03:27:49

63 Piotr Żebrowski (1973) POL PTR Dojlidy 3 03:39:57

76 Grzegorz Paciejuk (1986) POL PTR Dojlidy Białystok 03:43:15

118 Piotr Dzienis (1985) POL PTR Dojlidy Białystok 04:04:12

123 Kasia Rams (1987) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 04:05:27

124 Grzegorz Jemioło (1985) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 04:05:28

158 Mariusz Korolczuk (1979) POL PTR Dojlidy 04:28:32

179 Stanisław Ruchlicki (1983) POL PTR Dojlidy Białystok 04:50:01

198 Tomek Breś (1980) POL PTR Dojlidy Białystok 05:09:59

215 Anki Suś i Tomica POL Gomola Trans Airco AWZ 05:43:42

Ostatni zawodnik na mecie zjawił się po 06:30:49.

Wyniki etapu

Track GPS

Jadę prosto do szkoły. Słoneczna pogoda zachęciła dużą cześć zawodników do prania, co dało się rozpoznać po elewacji szkoły. W każdym oknie wywieszone jakieś ubrania, buty na parapetach itp. Ogólnie dość ciekawy widok.

Oddaję rower do bikeparku. Na dzień dobry ?ale rowerek jest brudny". W sumie ja też nie za czysty, ale udaje się zaparkować po obietnicy szybkiego powrotu i umycia roweru. Dziś będzie ciasno, szkoła niewielka i nie wszystkie sale są dostępne do spania. Chwilę później odnajduję zarezerwowany przez Żebra kawałek podłogi i wracam na dół po torbę. Z dnia na dzień wydaje się coraz cięższa, a może to przez konieczność targania jej na 2 piętro. Nic to, jest dobrze.

Można udać się pod prysznic. Hasło na dziś: ?orientuj się". W szkole jest kilka stanowisk prysznicowych, kolejka i nie za ciepła woda. Po drugiej stronie stadionu, kolejki nie ma i woda jest bardziej niż ciepła. Decyzja była prosta.

Po doprowadzeniu siebie do stanu przypominającego człowieka, wracam po rower. Kolejki do myjki już nie ma, za to jest błoto po kostki w miejscu gdzie się zwykle stoi myjąc rower. Przepuszczam chętnych do błotnej kąpieli przodem, czekając na stanowisko z kawałkiem betonu. Rower wraca do bikeparku już bez żadnych komplikacji.

Szybka kalkulacja potrzeb i zasobów ubraniowych wychodzi pozytywnie, więc prania robić nie trzeba. Buty lądują na parapecie, gdzie jeszcze przez chwilę zaglądało słońce. Pobieram czeskie piwo i przegryzając odebrane z bufetu na mecie kanapki obserwuję proces schnięcia wypranych wczoraj ciuchów rozwieszonych na płocie nowiutkiego placu zabaw.

Chwilę później udajemy się na obiad do jakiegoś ośrodka kolonijnego obok szkoły. Nie pamiętam co było na obiad. Szalejąca w okolicy burza zmusza mnie do szybkiej konsumpcji. Na płocie wiszą prawie suche ubrania i głupio będzie jak je deszcz zmoczy. Burza jednak przeszła bokiem, a ja wróciłem na ławeczkę obserwować proces schnięcia, który w zasadzie dobiegał już końca.

Żeber coś tam marudzi, że trzeba się zorientować w ofercie gastronomicznej, coby wieczorem coś dojeść, więc ruszamy w miasto. Górująca nad Bardem Kalwaria robi wrażenie. Między drzewami widać kilka stacji drogi krzyżowej, które mijaliśmy na ostatnim tego dnia zjeździe. Kierujemy się w stronę centrum i znajdujemy kilka gastronomii, które czynne są do akceptowalnej godziny wieczornego posiłku.

Wracamy na ławeczkę celem konsumpcji czeskiego piwa. Obok rozłożył się Grzesiek i babrał się przy rowerach. Tak mija kilka następnych browarów. KTR wraca szczęśliwy, bo po kilku próbach w końcu udało mu się zostawić rower u czeskich mechaników. Jakaś bardziej zawiła historia, w którą nie chce mi się wnikać. Fakt, że rower ma być gotowy następnego dnia rano.

Chwila wylegiwania i udajemy się na wieczorne dojadanie. Miało być w restauracji w centrum, skończyło się w pizzerii na przedmieściach. Standardowo kebab, niestandardowo ze Spritem. Piwa już dość na dziś. Trzeba myśleć o innych i nie chodzić w nocy do kibla. Rozmowy toczą się jak zwykle na temat dzisiejszego odcinka i ewentualnych trudnościach tego nadchodzącego.

Wracamy do szkoły, zabieram wypchane gazetami buty z parapetu i po zwyczajowych czynnościach kładę się spać. Dziś bez większych przeszkód i atrakcji sali gimnastycznej.

 

Komentarze  

 
#2 Olo 2011-09-02 14:05
Mimo że już uczyniłem to osobiście, to jeszcze raz, na forum publicum, chcę wszystkim pogratulować ukończenia MTB Challenge 2011. Prawdziwy wyczyn. Szacun.
PS. Bresio, dzięki za świetną, klimatyczną relację!
 
 
#1 Krzysiek 2011-09-02 02:06
Jest 2:05 w nocy, cały dzień przymierzałem się żeby to przeczytać i wreszcie skończyłem :-) Podziwiam i za ukończenie, bo znam to z autopsji i za szczegółową relację z przeżyciami, bo mi już się nie chce takich pisać. Dwa razy poprawiłem Istebną na Głuszycę, ale to pewnie przez ostatnie planowanie wyjazdu na finał Ci tak wyszło. A czy żałuję że nie pojechałem z Wami... tylko jak widzę koszulkę finishera :-)