Sudety MTB Challenge 24-29.07.2011

Etap 2 - Kraliki (CZ) - Stronie Śląskie (PL) - 76km

Wyłażę ze śpiwora kilka minut po 6. Kolejny poranek nie zapowiadał nic ciekawego, jeżeli chodzi o pogodę. Przez układ budynku, albo przez zwykłe zmęczenie nie zanotowałem nocnej burzy i ulewy. Razem z Żebrem udajemy się na śniadanie. Kilka plastrów wędliny, sera, kawałek pomidora i dużo czeskich rochlików. Wszystko ok, ale noże jak na typowej szkolnej stołówce, masło dobrze kroiły i nic poza masłem. Rochlika łatwiej było rozedrzeć szponami na dwoje niż uskuteczniać ślizganie noża po pieczywie.

Praczom niewiele wyschło, ale KTR dzielnie wskakuje w mokre spodenki. Wczoraj trochę zmarzłem, więc dziś nie ryzykując wkładam spodnie 3/4. Na górę tylko koszulkę i kilka godzin później znowu marznę. Poranna procedura pakowania, targania torby do ciężarówki i odbierania roweru zakończyła się chwilę po 9. Na zewnętrzu chłodno, więc na start czekamy w szkole. Przy okazji pochłaniam zaoszczędzony z wczorajszego etapu baton z prądem. Przy tej samej okazji przeglądamy jeszcze raz mapę etapu i dywagujemy na temat tego czy innego miejsca na trasie.

 

7 godzin później

maniek_bresioRuszamy punktualnie o 10 z rynku w Kalikach, do którego ledwo wczoraj dotarłem. Szybki asfaltowy początek kończy się po kilku kilometrach. Prędkość na tym odcinku była zacna, lecz w miarę zwiększania się nachylenia spadała do standardowych na moją formę niecałych 10km/h. Po asfaltowym początku podjazd po trawie, ponieważ wszyscy to lubią.

Nie ma co narzekać, jakoś się jedzie. Około 12 kilometra wjeżdżamy na pierwszy z 5 dzisiejszych szczytów. Pamiętam z mapy, że zaraz za tym podjazdem będzie trudniejszy zjazd, niestety zupełnie nie pamiętam jego szczegółów. Może ktoś przypomni?

anki3Zaraz za bufetem rozpoczyna się najdłuższy podjazd tegorocznej edycji. Gazetka straszyła, że ma mieć 11km i przewyższenie około 580m. Faktycznie (z dokładnością urządzenia pomiarowego) podjazd miał około 8,3km i jakieś 645m w pionie. Każdemu i tak wyjdzie inaczej, więc nie ma co się nad tym rozczulać. Tak czy inaczej wymęczył mnie ten zjazd niemiłosiernie.

Na końcówce tego podjazdu, szutrowej górskiej drodze, hasło rzucone przez wyprzedzającego zawodnika ?jak na Mazovii" lekko mnie zmotywowało. W utrzymując odległość około 100-150m czekałem spokojnie na schronisko na Śnieżniku.

288080_241206925912678_241192199247484_758436_5106044_oTen odcinek znany jest ponoć z maratonu w Międzygórzu 2010, na którym nie byłem. Podobno ciekawy. Po minięciu schroniska ostro w lewo, znak z trzema wykrzyknikami zapowiada dobrą zabawę. Jakieś 30m od początku zjazdu wyprzedzam najwyraźniej przerażonego kolegę, pocieszając go ?trochę inaczej, niż na Mazovii" i zabieram się do zabawy.

Na dzień dobry śliska, i stroma ścianka po korzeniach. Zajeżdżam z lewej, zupełnie bez sensu i potężny korzeń zmusza mnie do sprowadzenia roweru, a w zasadzie zestawienia go na ścieżkę. No nic, dalej będzie lepiej. Ciągle w dół, kamienie, korzenie, głazy, uskoki, uskoki w kamienie, uskoki w korzenie, korzenie w kamieniach, głazy na uskokach do tego jeszcze błoto. Piękna mieszanka, ale po kilku chwilach nieprzyzwyczajone do takich atrakcji ręce zaczynają lekko boleć. I tak jestem w tej komfortowej sytuacji, że wtargałem na górę Bombera z 15cm skoku. Kolegę na specu, którego powoli doganiałem poniosła fantazja, a że nieszczęścia chodzą parami, to grawitacja rzuciła nim jak szatan o miękkie podłoże. Na pytanie, czy wszystko ok, potwierdził zdolność do dalszej jazdy. Chwilę później, bliżej końcówki podłoże zmieniło się na bardziej leśne. Z wilgotnej ziemi, wystawały niezliczone ilości korzeni, ułożonych tak chaotycznie, jak tylko się da. Przedni hamulec nie ma zastosowania, więc dość szybko pokonuje ten odcinek wyprzedzając Ankę Suś. Chwilę później spotykamy się na bufecie, na którym niespodziewanie spotykam Mańka i druga Ankę.

img_0656Chwila na posiłek i ruszamy dalej. Przez chwilę wszyscy razem, potem Maniek odjeżdża, a mi się nie chcę i jadę dalej z dziewczynami. Podjazd na Smerkowiec ciągnie się w nieskończoność, ale to już jeden z ostatnich tego etapu. Anka Suś ma problemy z kostką więc dostosowujemy się do niej, czekamy itp. Szutrową górską drogą zjeżdżamy do ?kurortu" Międzygórze i rozpoczynamy kolejny podjazd. Po raz kolejny wyprzedza mnie para amerykanów. Ja ich na zjazdach, oni mnie pod górę. Jeszcze tylko Smerkowiec, Czarna Góra i zjazd do mety. To jeszcze jakieś dwie godziny, może trzy.

Gdzieś w między czasie dojeżdżamy do najtrudniejszego, podobno, zjazdu w całej imprezie. Faktycznie, kamienista rynna sprawia wrażenie nieprzejezdnej, ale to tylko wrażenie. Zaczyna się niewinnie, większe i mniejsze kamienie, chwilę później są już tylko duże i troszkę korzeni. Trudność polega na konieczności wybrania odpowiedniej ścieżki, po prawej, albo po lewej stronie rynny. Kilka miejsc przyprawia o szybsze bicie serca, ale rower wchłania wszystko na co go skieruje. Końcówka bardziej po korzeniach. Udało się. Całość zjechana z jedną czy dwiema podpórkami i jednym przestawieniem roweru na druga stronę rynny. Chwila rozmowy z czuwającym nad bezpieczeństwem ratownikiem i można jechać dalej. Dużo radości sprawił mi ten zjazd.

Podjazd na Czarną Górę kończy się przy ostatnim bufecie. Dalej trasa prowadzi rozrytą przez ciągniki, albo zmutowane dziki drogą, którą nie sposób jechać. Przynajmniej w moim stanie. Znowu we trójkę wyruszamy w kierunku wskazywanym przez strzałki. Kilkaset metrów spaceru i jesteśmy na szczycie, po którym znowu miał nastąpić zjazd z trzema wykrzyknikami. Przy wyciągu, na ziemi wymalowana smutna buźka i napis, że to jeszcze nie tu, 200m. W końcu się zaczął, ostatni zjazd tego etapu. Tu przeważały korzenie, przynajmniej na początku, dalej drogi gruntowe z koleinami, błotem i wodą. Ogólne wrażenie, ślisko, mimo to dość szybko. Czekam na Anki na drodze prowadzącej do Stronia, po kilku minutach z lasu wyjeżdża Anka Tomica lekko przybrudzona. Jak się ma sztywny rower, to lepiej za fulem nie jechać, może boleć. Na szczęście nic się nie stało. Chwilę później dołącza Ania Suś i razem wjeżdżamy na metę w Stroniu Śląskim.

Wyniki:

1 Bart Brentjens (1968) NLD Milka Trek MTB Racing Team 03:41:47

41 Piotr Kaszubiak (1979) POL - 04:45:36

53 Piotr Żebrowski (1973) POL PTR Dojlidy 3 04:53:55

69 Grzegorz Paciejuk (1986) POL PTR Dojlidy Białystok 05:04:27

117 Piotr Dzienis (1985) POL PTR Dojlidy Białystok 05:35:21

140 Kasia Rams (1987) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 05:55:35

141 Grzegorz Jemioło (1985) POL Subaru PrinzWear AZS UEK MTB Team 05:55:35

171 Stanisław Ruchlicki (1983) POL PTR Dojlidy Białystok 06:36:43

197 Mariusz Korolczuk (1979) POL PTR Dojlidy 07:19:34

211 Tomek Breś (1980) POL PTR Dojlidy Białystok 07:39:03

Ostatni zawodnik tego etapu zameldował się na mecie po 08:39:01 jazdy.

Wyniki etapu

Track GPS

Podążając za strzałkami udaję się do szkoły - noclegowni. Przed myjkami nie ma kolejek, więc rower dostaje prysznic. Miał zostać gdzieś z boku w bikeparku, fakt został z boku przygnieciony 16 innymi rowerami. Trudno, łańcuch nasmaruje jutro. Przez cały dzień miałem obawy co do żywotności klocków hamulcowych. Zdziwienie me nie miało końca, klocków było tyle samo co poprzedniego dnia. To dobra informacja, zważywszy na to, że czeski serwis nie miał klocków do moich hamulców. Tak bywa, jak się ma hamulce sprzed 10 lat.

Dziś spanie w stodole, czyli wszyscy na kupie w sali gimnastycznej. Odnajduje kolegów, torbę i spadam pod prysznic. Po tym etapie prysznic zaskoczył gorącem wody wydobywającej się zeń. O intymności można było zapomnieć, zwykły basenowy prysznic. Co zrobić, gacie w dół i dołączam do wesołej ekipy z Belgii. Żeby nie było, każdy mył się sam i zachowana została przestrzeń osobista ;)

Mimo, że po dzisiejszym dniu ciuchy były tylko troszkę ubłocone, ale suche postanowiłem przeprowadzić pranie ciuchów z poniedziałku. Z pomocą przyszedł rozstawiony przed szkołą zestaw myjek ciśnieniowych. Szybko poszło i ucieszony tą formą prania Żeber i Stasiej uczynili to samo. Mały problem związany z miejscem do wysuszenia upranych ubrań został szybko rozwiązany przez wydobycie z zakamarków sali gimnastycznej płotków i ustawieniu ich w odpowiednim miejscu. Ogólny obraz sali gimnastycznej widać na obrazku obok, ale trzeba zaznaczyć, że każda barierka, rurka, siedzenie, drut, sznurek, a nawet jeden kosz do koszykówki zostały zajęte przez schnące ubrania.

Obiad po dzisiejszym etapie znajdują się około 7km od noclegowni. Wynajęte busy rozwożą cześć zawodników po hotelach, pozostałych na jedzenie. Z autobusu wysiadamy u podnóża Czarnej Góry. Wszyscy tęsknie spoglądają w kierunku szczytu, tak to tam, w myślach dodając ?...wa mać". Będący zawsze w okolicy ojciec Pyry lekko przestrasza, że jedzenia już niewiele zostało, to też udaje się w kierunku restauracji.

Na miejscu spotykam kilku zawodników od siebie z drużyny i całą resztę coraz bardziej znajomych ludzi. Z jedzeniem nie było tak źle, znowu makaron na obiad do tego zupa pomidorowa do oporu. Kilka wspomnień z trasy i można spadać do szkoły. Oczywiście stojący na parkingu autobus ruszył zaraz po tym, jak postanowiliśmy do niego wsiąść. Problemem okazało się 100m dzielące nad od drzwi pojazdu. Trudno, więcej czasu na podziwianie spowitej w chmurach Czarnej Góry i dyskusję o jakości strojów rowerowych.

Zupełnie nie wiem po co, kupuję w sklepie piwo i zupełnie wiem po co, gazetę. Piwo ląduje w torbie, gazety w butach, a ja na karimacie. Próbuję poleżeć, ale jakoś nudno. Idę po piwo z czeskiego dystrybutorka, spotykam Żebra i chyba kogoś jeszcze. Ogólnie przed szkołą panuje lekki chaos. Za winklem rozłożyła się ekipa serwisowa i ciągle dłubali w rowerach. Na trawniku obok zebrali się amatorzy dłubania własnoręcznego. Konsumpcji piwa nie było końca, no dobra był.

Około 21:30, oglądając zmagania prawdziwych sportowców uganiających się za skórzanym workiem, konsumujemy z Żebrem po kebabie i wracamy na salę gimnastyczną.

Z zaśnięciem były lekkie problemy. Karimata nie za dobrze izolowała dźwięki od podłogi i każdy przechodzący człowiek powodował przerwanie procesu zasypiania. A łażenia nie było końca, dodatkowo zapalone światło doprowadziło do lekkiego wkurzenia. Niewiele brakowało, a wylądowałbym w hotelu obok. Ale tak sam, nie będzie po równo, więc zostałem. Światło w końcu zgasło, ludzie przestali łazić i jakoś ta noc udało się przespać.

 

Komentarze  

 
#2 Olo 2011-09-02 14:05
Mimo że już uczyniłem to osobiście, to jeszcze raz, na forum publicum, chcę wszystkim pogratulować ukończenia MTB Challenge 2011. Prawdziwy wyczyn. Szacun.
PS. Bresio, dzięki za świetną, klimatyczną relację!
 
 
#1 Krzysiek 2011-09-02 02:06
Jest 2:05 w nocy, cały dzień przymierzałem się żeby to przeczytać i wreszcie skończyłem :-) Podziwiam i za ukończenie, bo znam to z autopsji i za szczegółową relację z przeżyciami, bo mi już się nie chce takich pisać. Dwa razy poprawiłem Istebną na Głuszycę, ale to pewnie przez ostatnie planowanie wyjazdu na finał Ci tak wyszło. A czy żałuję że nie pojechałem z Wami... tylko jak widzę koszulkę finishera :-)