Powerade Suzuki MTB Marathon Głuszyca 31.07.2011

101_o0c9359Wszyscy będący na imprezie na dachu u Bresia mogą sobie darować czytanie, tam zostało wyrażone wszystko dobitnie i z pełną gamą emocji, no chyba że ktoś nie pamięta z jakim przejęciem opowiadałem swoje wrażenia z Głuszycy. Podobno najbardziej wymagająca i trudna trasa spośród wszystkich z cyklu Powerade Suzuki MTB Marathon. Jedna z Top 5. Moja Nemezis. W 2009 roku bogini zemsty i przeznaczenia była zwycięska, wtykając mi gałąź jabłoni lub swój jeleni róg w tylne koło, co spowodowało urwanie haka przerzutki we wczesnym stadium wyścigu, po pokonaniu zaledwie pierwszego podjazdu. Nie dała mi skosztować wszystkich wdzięków Głuszycy. Suka.

 


 

Czas rozliczenia krzywd nadszedł w roku 2011. Zdeterminowany w swoim obłędzie zapisałem się na dystans Giga z jeszcze bardziej szalonym (tak, toguszyca2011możliwe) Żebrem, który był w amoku po świeżo ukończonym MTB Challenge. Na trasie Mega dzielnie wspierali nas Krzysiek Pro, Maciek oraz Artur, a Bresio i Maniek zdecydowali się pełnić rolę kibiców. Arek mówi, że do gór należy podchodzić z pokorą. Święta prawda. Widząc mą zuchwałość, Nemezis znowu nie chciała mnie dopuścić do kultowych tras Głuszycy. Na dzień przed maratonem rozerwałem łańcuch, zakleszczając go w wózku przerzutki. Ale nie poddałem się. Zupełnie odruchowo zgarnięta w domu do plecaka spinka uratowała moje być lub nie być. Dalsza część dnia spędzona z weteranami MTB Challenge przy kuflu napoju regeneracyjnego (jasne) jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że oto nadchodzi kres dni moich. Byłem bardzo bliski prawdy. Przez całą noc lało.

 

dsc_4482Rano, niczym straceniec na szafot, wyruszam godzinę wcześniej przed moimi Megowymi towarzyszami na start, w chłodzie i wszechogarniającej wilgoci.Na stadionie w Głuszycy spotykam Żebra, na którym owe ciężkie warunki atmosferyczne nie robią najmniejszego wrażenia. Świetnie, pomyślałem, Szanowny Prezes wykazuje objawy ostatniego stadium ostrej cyklozy/golonkozy, nieuleczalnej choroby prowadzącej downhillem do śmierci. Ja też tak pewnie skończę. Start. Pamiętam! Dokładnie tak jak w 2009 roku! Początek asfaltem i do góry. Już pierwszy podjazd oddziela mężczyzn od dzieci, ale to dopiero delikatna uwertura do mającego się rozegrać epickiego dramatu. Koszmarne błocko powoduje, że pierwsze strome zjazdy zawodnicy pokonują sunąc niczym złożeni na wirażu żużlowcy w rozbryzgach gliniastego mułu zalepiającego oczy, nos, usta i przede wszystkim napęd i koła. Wielu staje wśród drzew, palcami wyciągając glinę spod amortyzatorów, która zablokowała koła. Inni tracą grunt pod nogami i suną obok swoich maszyn w dół niczym załogi bobslejów, które nie zdążyły wskoczyć do sań. Jeszcze przeprawa przez bagienko, trawers, znowu w dół i jest przejazd przez asfalt, gdzie w 2009 roku zostałem pokonany. Jednak dziś trzymam się i nie odpuszczam. Naprzód! Ale pojawiają się w peletonie głosy zwątpienia, czy przy tak ciężkich warunkach zmieścimy się w limicie czasowym na dystans giga. Czy się zmieścimy, czy nie, jechać trzeba. Na pierwszym bufecie spotykam Bresia i Mańka, którzy wcześniej ukończyli MTB Challenge i teraz z perfidną satysfakcją przyglądają się naszej agonii. ?Będziemy na zjeździe do Sokołowska" rzucili mi na odjezdnym, gdy po uzupełnieniu bidonu wpinam się w dwie grudy błocka, które kiedyś były nowiutkimi ubijakami Crank Bros. Cholera, już mi drugi raz trują o tym Sokołowsku, coś tam musi być nie tak... ale teraz to nieważne, trzeba znowu mieląc młynkiem wspinać się po gałęziach, kamieniach i mokrych korzeniach. Rzut oka na licznik i pulsometr. No tak, niczego się nie dowiem, wszystko zaklejone błockiem. Okulary dawno zgubione przy próbie wsunięcia do tylnej kieszonki wypełnionej żelami. Dobrze, że posłuchałem Krzysia Pro i nie ubrałem się za ciepło, bo już byłbym zagotowany.

 

gluszTen, kto jechał w górach zna stan, w którym znajduje się samotny zawodnik zdany tylko na siebie i swój rower. Po drugiej, trzeciej godzinie jazdy wjeżdża się w inny wymiar, wymiar transcendentalny, w którym przekonujesz się na własnej skórze, czym są góry. Nie dostarczy ci tego żaden maraton z charakterem, z prestiżową otoczką medialną czy rozgrywany na kresach. Tutaj jesteś tylko ty i twoje słabości. Dasz radę, czy nie? A może rzucić to wszystko w cholerę i iść do domu? Ale jak? Dokąd? Tutaj nie dojdziesz za chwilę do najbliższej miejscowości i nie wsiądziesz w autobus. Jesteś na 1000 m.n.p.m. i jedynym rozwiązaniem jest przeć naprzód. A może rzucić się w najbliższą przepaść i po prostu skrócić te cierpienia? Przychodzi na myśl hamletowska sentencja ?To be or not...", ale zaraz, jesteśmy na czeskiej granicy, czyli ?Bytka abo ne bytka, to je zapytka!" Jednak przecież to bez sensu, bo jesteś w 100 procentach przekonany, że zabije cię pionowy zjazd po korzeniach i kamieniach, który właśnie pokonujesz od piętnastu minut, nie czując odrętwiałych kłykci zaciśniętych na klamkach hamulców.

 

Znowu oni. Bresio i Maniek machają radośnie. ?Olo, tu będzie naprawdę stromo!" ?Jak to, k...a stromo, a co to było wcześniej?!" Dwie postaci nad2011.07.31_mtb_guszyca_048urwiskiem, a za nimi tylko grafitowy horyzont. ?No, ja pier...ę! Kto wymyślił tą trasę? Geniusz czy szaleniec?! Jak to jechać?!" Dupa szoruje o tylną oponę, ręce wyciągnięte na maxa, brakuje przyczepności, za mokro, kładę się na bok. Na szczęście delikatnie, nic się nie stało. Acha, to ten zjazd do Sokołowska. Na półce skalnej stoi jakiś zawodnik i mówi do mnie ?Już możesz sprowadzać, twoi koledzy z teamu nie patrzą". A w mordę, właśnie, że zjadę. Dzięki niskiemu przekrokowi ramy udaje mi się ponownie wsiąść na rower. Na bufecie zamiast żelu powinni dawać spadochrony! Nie dość, że pionowo, to jeszcze wąskie serpentyny! Wiem, zjazdowcy by poszli centralnie, ale na to potrzeba 200 mm skoku i cohones ze stali ewentualnie karbonu. A na koniec już całkiem pionowy zeskok! Dopiero w górach zetknąłem się ze zjawiskiem rozmawiania, śmiania się, bądź krzyczenia do siebie w trakcie jazdy. Na innych maratonach jest to raczej niespotykane, oprócz przekleństw rzucanych w momencie gleby lub awarii. Tu jest inaczej. W górach słyszałem i widziałem zawodników mamroczących coś do siebie bądź na kupie przebitych dętek, bądź w cieniu pod drzewem tuż przed ostatnim 300 metrowym pionowym podjazdem, albo wykrzykujących coś na zjazdach omijanych z daleka nawet przez kozice górskie.

 

obraz_325Gdy najeżdżałem ten pionowy uskok wykrzyknąłem na głos, ?O ku...a, to przecież jakiś absuuurd!!!" Ponownie ucałowałem matkę ziemię, wpasowując się idealnie między dwa drzewa. Będąc przygotowanym na mocne uderzenie w głowę, z wyraźną ulgą wykrzyknąłem ?Mało brakowało!" Sprowadzający za mną rower zawodnik rzucił w moją stronę ?Faktycznie, mało, już chciałem ci pogratulować pięknego zjazdu!" ?Ale mi chodziło o drzewo..." Nieważne, jedziemy dalej. Bufet. ?Że wam się chce w taką pogodę", powiedział sympatyczny bufetowy nalewając mi Powerrade'a do bidonu, dodając ?Dalej cały czas pod górę". Zajebiście. Właśnie na takie słowa zachęty czekałem. Ale zaraz, trzeba zdążyć na wjazd na giga! Nagle mnie olśniło, starczy tego filozofowania, trzeba cisnąć! Po podjeździe są zjazdy, szutry, łąki, trochę asfaltu i jest Głuszyca. Bufet. ?Zostało wam 20 minut do wjazdu na giga, ale macie jeszcze kilometr do punktu pomiaru". No w mordę! To cisnę dalej. Rozjeżdżający się wokół stadionu zawodnicy, którzy ukończyli dystans Mega patrzą na nas ze współczuciem. Policja zabezpieczająca przejazd przysnęła i mało nie wpakowałem się pod samochód na przecięciu trasy z ulicą w centrum Głuszycy. Dalej, do góry... jest, udało się! Mieszczę się w limicie czasu, najcięższy zjazd za mną, już będzie spokojnie, już nic mnie nie zaskoczy. Błąd.p7310372Zapomniałem, że na koniec podjeżdżamy Wielką Sowę. Zaczyna się stromym podjazdem, który pokonałem z Krzysiem Pro w 2009 roku, znajdującym się bardzo blisko naszej kwatery. Prysznic, łóżko, uczucie ciepła, suche ubrania, to wszystko prawie na wyciągnięcie ręki... ależ pokusa! Jednak nie decyduję się na ten krok, przecież byłaby to klęska, moja Nemezis znów by triumfowała, nie dam jej tej satysfakcji! Dalej zjazd pod wyciągiem narciarskim, dużo łatwiej, szeroko, ale trochę ślisko. Bułka z masłem. Wtedy pojawia się krótki, ale irracjonalnie stromy podjazd asfaltowy, czy po jakichś płytach. Ostatkiem sił, mieląc młynkiem wjechałem go, tracąc sporo sił, ale widziałem, że inni prowadzą sztywniaki i wjechałem dla czystej satysfakcji pokazania im, że na fullu też da się podjeżdżać. Pojedynczy turyści robią zdjęcia, sympatyczny Czech przy punkcie kontrolnym zagrzewa do boju, no to jadę. Kolejne kilometry  pokonuję w stanie kompletnej euforii, no bo przecież nie może już być nic gorszego.

 

p7310587Nie wiem, dlaczego nadal jestem tak naiwny. Oto zjazd po kamieniach. Wielkie, luźne i mokre. Czyli takie jakie lubię najbardziej. Jasne. Przedramiona już tak pieką, że zaraz puszczę klamki hamulców, ale wiem, czym to się skończy. Może jechać bokiem? Zły pomysł, roi się tam od poskręcanych niczym włosy gorgony mokrych, śliskich, zabójczych dla przedniego koła korzeni. No to po kamulcach. A jednak się da! Jest metoda w tym szaleństwie, to co wydaje się na pierwszy rzut oka samobójstwem, okazuje się możliwym do zjechania! Uff, wypłaszczenie ale za chwilę znowu do góry, najpierw asfalcik, potem szuter. Teraz już pewnie będzie lżej. Pisałem wcześniej jaki ze mnie naiwniak? Masakra, rzeźnia, armagedon... takie określenia cisną mi się na usta, a przed oczami pojawiają trupie czaszki i skrzyżowane piszczele, gdy wspinam się po luźnych kamieniach zanurzonych w nurcie bystrego potoku płynącego wartko z góry. Po bokach nieprzejezdne mokre korzenie, tego nie da się nawet przejść, nie mówiąc o jeździe!... Ale zaraz, ci przede mną przejechali, więc i ja przejadę. Wciągam zachowany na czarną godzinę napój energetyczny plus resztki ostatniego żelu i naciskam na ramię korby. Okazuje się, że da się jechać w górę rwącego górskiego potoku! Nigdy bym się nie spodziewał! Rower górski to jednak niesamowita maszyna.

 

Teraz już meta musi być blisko..., ale chyba na trasie powinien być jeszcze jeden bufet... Kolega z Katowic mi nie wierzy. ?Niemożliwe, już nie będzie2podjazdów, to niemożliwe, już nie będzie..." Był i bufet i podjazdy. Głuszyca nie zna litości. Ostatnie kilometry pokonuję w transie, półśnie i półodrętwieniu. Nagle wyskok na asfalt i jest...Meta! Po ponad ośmiu godzinach zjeżdżam w dół na stadion w euforii zwycięstwa, 90 km, 3000 m przewyższeń, czas 8:18:39, 8000 kcal spalonych kalorii. Głuszyca przejechana na królewskim dystansie, w pięknym stylu, w najtrudniejszych możliwych warunkach, Nemezis leży pokonana.

 

WYNIKI:

Dystans GIGA
35 Open 12 M3 Piotr Żebrowski PTR Dojlidy Białystok 06:38:57
87 Open 29 M3 Aleksander Pogorzelski PTR Dojlidy Białystok 08:18:39
Dystans MEGA
14 Open 12 M2
Artur Jackiewicz
PTR Dojlidy Białystok 03:14:46
84 Open 38 M2
Maciej Samborski
PTR Dojlidy Białystok 03:57:24
116 Open 49 M2 Krzysztof Gryczko
PTR Dojlidy Białystok 04:12:09


Komentarze  

 
#3 stasiej 2011-08-18 22:05
Niesamowita epopeja!! Ocknąłem się w swoim pokoju po tej teleportacji w górski świat, ale się działo!! Dla takiej relacji warto było się ukatrupiać :zzz
No i gratuluję doskonałego wyniku! Golonki w takich warunkach chyba jednak wygrywa się na zjazdach...
 
 
#2 Krzysiek 2011-08-18 21:45
Nemezis ? w mitologii greckiej bogini zemsty, sprawiedliwości i przeznaczenia. Nazywana kobietą bez winy i wstydu. Zsyłała na ludzi szczęście lub niepowodzenie, ścigała przestępców i decydowała o losie w zależności od zasług. Córka Nocy, uważana za uosobienie gniewu bogów. Przedstawiana była jako kobieta trzymająca w jednej ręce gałąź jabłoni, w drugiej koło, na głowie miała koronę zwieńczoną jeleniami, a z jej pasa zwisał bicz. Jednym słowem według Ola - Suka :-)
 
 
#1 żeber 2011-08-18 21:02
równie piękna opowieść jak na dachu :-) super się to czyta, aż potwierdzę swój amok poChallengowy ;-) zwłaszcza po wprowadzeniu akurat trzech złocistych płynów, co prawda nie z okolic Kotliny kłodzkiej, ale z Beskidu ;-)