Powerade Suzuki MTB Marathon Ustroń 10.07.2011

dsc_1639Miało być czterech jeźdźców apokalipsy, lecz skończyło się na trzech. Żeber, Krzysiek Pro i Olo dumnie reprezentując PTR Dojlidy wybrali się na kolejną edycję Powerade Suzuki MTB Marathon do Ustronia. Urokliwe miasteczko nad Wisłą przywitało dzielnych zawodników piękną słoneczną pogodą, obfitym zapasem schłodzonego Żywca oraz bardzo przyzwoitą bazą noclegową z bonusem w postaci słowackich flecistek. Niestety ku wielkiemu rozczarowaniu ekipy z Podlasia flecistki okazały się nieletnie, tak więc naszym bohaterom pozostało skupienie się na tym co najważniejsze, rozjeździe po górach.

 

Nie bacząc na to, że wszystkie konkurencyjne ekipy właśnie się regenerowały, nawadniały, masowały, suplementowały i aż strach pomyśleć co jeszcze, nasi jeźdźcy, pod silną i stanowczą namową Krzyśka Pro, który od dłuższego czasu miał wizję ?długich podjazdów po kamyczkach" zdecydowali się na ?delikatny" rekonesans. Spokojne rozruszanie nóg okazało się 40 kilometrową masakrą po górach, po której Olo był święcie przekonany, że absolutnie nie ma żadnej szansy na ukończenie dystansu Giga, na który zapisał się wcześniej, najwyraźniej chwilowo nie będąc w pełni władz umysłowych. Smutki swe utopił w wyjątkowym Żywcu, którego nadzwyczajny smak i gęstą pianę pamięta do dziś. Rozjazd obejmował zaliczenie pierwszego i ostatniego szczytu niedzielnego maratonu, a mianowicie podjazd na Orłową (813m), zjazd do przełęczy i już nieco łagodniejszy podjazd na Równicę (884m), skąd rozciągały się niesamowite widoki na pasmo Czantorii. Aby dzień zakończyć mocnym akcentem, należało jeszcze wybrać epicki i dynamiczny zjazd do Ustronia i tak też się stało, czerwony szlak nie zawiódł oczekiwań.

 

Dzień wyścigu był tak samo słoneczny i upalny. Po porannym rytuale, który każdy zawodnik doskonale zna, załoga PTR Dojlidy udała się na miejsceustron_2011_zeber_2startu, stadion sportowy w Ustroniu. Żeber, Krzysiek i Olo, rozbawieni sytuacją kolegi z Katowic, który po tym, jak wysiadł z samochodu nagle zorientował się, że zapomniał butów rowerowych, ustawili się w przypadających im sektorach: Żeber i Krzysiek z przodu, Olo na końcu. Dobrych nastrojów nie zmąciła nawet zapowiedź spikera o możliwości wystąpienia na trasie gwałtownych burz. Pelerynki na szczęście, a może jednak szkoda okazały się zbędne.

 

dsc_1490?Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć" ... i dupa! Brak prądu i balony walą się zawodnikom na kaski. Jazda! No to nieźle się zaczęło. Przejazd ulicami Ustronia był w miarę spokojny. W miarę. W miasteczkach położonych w górach potrafią być tak strome asfaltowe podjazdy, że aż zatyka, a to dopiero sam początek! Po pierwszej godzinie mozolnej wspinaczki i przejechaniu niecałych 10 kilometrów wiadomo już było, że będzie ciężko. Głównym wrogiem nie okazały się strome, niekończące się podjazdy ani luźne kamienie wielkości betonowych pustaków, tylko morderczy żar lejący się z nieba. Nawadnianie organizmu okazało się kwestią kluczową. I tu należą się wielkie słowa uznania Grzegorzowi Golonce, u którego na bufetach było wszystkiego pod dostatkiem, izotoniki, woda, owoce świeże, owoce suszone, różne ciasta, żele, cuda niewidy. I wszystko w dowolnej ilości, bez ograniczeń. Bomba! Jednak nie można było siedzieć w nieskończoność na bufecie, trzeba jechać dalej. Doskonale zabezpieczona trasa maratonu była przepiękna, zróżnicowania i dość wymagająca, szczególnie na niekończących się podjazdach i szybkich zjazdach po luźnych kamieniach. Zaczęło się od znanego nam już podjazdu pod szczyt Orłowej, następnie przejazd przez Trzy Kopce, Smerekowiec i Jawierzny, wszystkie w paśmie około 800 m n.p.m. Od Grabowej pozostał już zjazd do Brennej, bufet i rozpoczęło się główne danie przygotowane wyłącznie dla wytrawnych Gigowców, a mianowicie mozolne zdobywanie Kotarza (985m), przejazd pasmem w okolice Szczyrku, zjazd i ponowna wspinaczka na Klimczok, który ze swoimi 1117m wyglądał już dumnie ale i niestety przytłaczająco. Zaliczając kolejną serię szczytów, można było wreszcie odetchnąć na zjeździe z Błatniej (917m) do Brennej, o ile o jakimkolwiek rozluźnieniu może być mowa miotając się od lewej do prawej po luźnych kamulcach i omijając przerażonych turystów. Mając już wszystkiego dość kolejny podjazd można śmiało nazwać podejściem, przynajmniej w najbardziej konkretnym jego punkcie, dalej było już bardziej do jechania, zdobycie Równicy i jedyny tego dnia wilgotny zjazd do mety.

 

Tak wyglądał teren z którym trzeba było się zmierzyć, a jak poszło naszym dzielnym jeźdźcom? Otóż Olo, mozolnie wspinając się pod Kotarz ujrzał Krzyśkazdjecie0033 Pro, któremu najwyraźniej słońce dało się zbyt mocno we znaki, co skończyło się totalnym zagotowaniem wody w organizmie i różnymi mało przyjemnymi zwrotami akcji. Przejechawszy razem parę kilometrów pod górę, na zjeździe Krzysiek rzucił się szaleńczo w dół, co skończyło się na szczęście tylko gumą. Olo pojechał dalej samotnie i gdzieś w drodze na Błatnią dotarł do Żebra, który w okolicach wyciągu narciarskiego siedział okrakiem na wielkiej kupie dętek i bluzgał takimi wyzwiskami, że z pewnością nie nadają się one do ujawnienia nawet na stronie PTRu, która znosiła już przecież wiele. Żeber stał się oficjalnym rekordzistą w liczbie złapanych gum na jednym maratonie, 6! (słownie: sześć, trzeba to jednak powtórzyć dobitniej: Sześć!). Dopiero dętka, której użyczył mu Olo pozwoliła Żebrowi na bezawaryjne już dotarcie do mety. W trakcie maratonu okazało się też, że mamy czwartego punktującego dla PTR Dojlidy, a był nim Marcin Broda z Katowic, który już po raz drugi wspiera nasz niekompletny skład u Golonki, wielkie dzięki!

 

ustron_2011_zeberOstatnia góra była istną Golgotą, choć nazywała się Równica. Żar nadal lał się z nieba, a Olo ostatkiem sił wdrapywał się po kolejnym niekończącym się pionowym podjeździe. W tym samym czasie Krzysiek wyraźnie zrezygnowany po złapaniu drugiego kapcia, spacerował ulicami Brennej w nadziei na zakończenie maratonu, niestety ktoś wreszcie rzucił mu dętkę i chcąc nie chcąc musiał go ukończyć w tradycyjny sposób z przejazdem przez metę. W końcu jest, zaczyna się zjazd. Ale to wcale nie znaczy, że można odpocząć, wręcz przeciwnie. Zjazdy na maratonie w Ustroniu okazały się być dość nieprzyjemne ze względu na wcześniej wspomniane luźne duże kamienie. Kluczową kwestią okazało się wybranie zawczasu odpowiedniej ścieżki zjazdu i stuprocentowa kontrola nad rowerem. Chyba dopiero teraz Olo naprawdę docenił pełną amortyzację swojej ramy i wykorzystał możliwości jakie daje skok 120 mm. Podczas jednego ze zjazdów został on minięty przez jadącą pod górę terenową karetkę GOPR-u i po ostatnich przejściach aż ciarki przeszły naszego zawodnika na samą myśl, co tam z tyłu mogło się wydarzyć. Ciekawym doświadczeniem było również to, że w pewnym momencie okazało się, że... nie daje się odgiąć palców dłoni zaciśniętych na klamkach hamulców!

 

Jednak kto nie hamuje, ten wygrywa, czego najlepszym przykładem był zawodnik JBG2 Adrian Brzózka, który dystans giga pokonał w kosmicznym,zdjecie0024nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika czasie 3 godzin 34 minut. Żeber zmagał się z trasą 75km i 2650m przewyższeń przez 6 godz. 30 min.,  Olo jechał przez 6 godz. 43 min. (i spalił ok. 7000 kalorii), a Krzyśkowi pokonanie dystansu zajęło 7 godz. 17 min. Można by rzec, że maraton w Ustroniu rozczarował pod względem wyników. Oczywiście rezultaty Żebra i Krzyśka byłyby lepsze gdyby nie nadzwyczajna liczba gum i inne problemy, ale jak to stwierdził Arek z Bydzia Power Bike Team, po maratonie zostają tylko wyniki, a o historyjkach się zapomina. Jednak w naszym przekonaniu jest zupełnie inaczej, historie mają znaczenie, cała ta epickość i trudy zmagań są przecież barwnym dodatkiem do kolejnego zimnego Żywca, czy też kawy i mleka pitych z dwóch oddzielnych kubeczków, jeśli ktoś tak lubi. O tym się będzie pamiętać...

 

Wyczyn Żebra został doceniony przez portal VeloNews , warto przy okazji przeczytać ich relację.


Komentarze  

 
#2 ceper 2011-07-28 08:23
Chłopaki, czemu jeszcze używacie takich zabytków jak dętki ? Przeczytajcie http://endurorider.pl/2011/07/ghetto-tubeless-manual/, używam i jest super
 
 
#1 Arek. 2011-07-14 12:24
Uwielbiam te wasze relacje, są najlepsze na świecie.