Powerade Suzuki MTB Marathon Krynica-Zdrój 28.05.2011

jaworzynaDrugi prawdziwie górski, pierwszy zaliczany do klasyfikacji TOP5 maraton cyklu Powerade Suzuki MTB Marathon rozegrany 28 maja 2011 roku w Krynicy-Zdrój długo pozostanie w pamięci wszystkim startującym. Oberwanie chmury na komendę spikera, niesamowite ilości błota i widoczność nieprzekraczająca 50m, to wszystko czekało na zawodniczki i zawodników każdego dystansu. Ilość DNF w klasyfikacjach potwierdza ?kultowość" maratonu. Niestety te trzy litery pojawiły się też przy wynikach zawodników drużyny PTR Dojlidy.

Przejdź do podsumowania

A było tak (relacja z pozycji DNF):

piotrekDojazd i inne sprawy tego typu są jak zwykle w naszej sytuacji lekko uciążliwe. Pomijając już kwestie organizacyjne, to 9 godzin w samochodzie nie jest niczym przyjemnym. Prognozy pogody nie są optymistyczne, ma padać, ma być zimno i jeszcze jakiś Viktor ma przyjść. Jadąc nie zauważamy niczego, co mogłoby wskazywać na prognozowane zjawiska pogodowe. Temperatura miejscami powyżej 31,5 stopnia wilgotność jak przed burzą. Gdzieś w Tarnowie burza się pojawia i zostaje z tyłu. Będzie dobrze. Około godziny 18 przybywamy do naszej kwatery. Wraz z drużyną OSOZ zajmujemy cały ośrodek ?Pokoje pod Wyciągami" i udajemy się do biura zawodów.

 

Na forum pojawiła się informacja, że będzie trudny zjazd z góry parkowej i komu będzie za ciężki może pojechać objazdem. Nowość u GG, a że zjazd i parkowa to 20 minut spacerem od biura zawodów, wiec zwiedzamy las i sam przedmiotowy zjazd. Zjazd jak zjazd, wszystko da się zjechać, byle na dole zostać na rowerze. Oględziny dają ogólny pogląd sytuacji, planowanie którędy pojechać i tak nie ma sensu. Wyjdzie w praniu.

 

maniekWracamy do kwatery, makaron, piwo i rowerowe opowieści. Chwile po północy dojeżdża druga cześć ekipy PTR, zjada makaron i spać. W nocy przyszedł Viktor i strasznie hałasował. W pokoju huczało, kiedy deszcz walił w blaszany dach tuż nad naszym pokojem. Będzie wesoło.

 

Rano było zaskakująco sucho. Mała wycieczka do Maxima i można szykować się do startu. Chemia w rożnych postaciach trafia do bukłaka, kieszonek koszulki i plecaka. Tym razem bez parówek. Dziewczę na barana i jedziemy na start. Na 10 minut przed startem w sektorach pusto. Szybkie smarowanie łańcucha i można zająć pozycję w prestiżowym sektorze, razem z innymi 20 zawodnikami, którzy wywalczyli sobie tą możliwość. W innych sektorach dziki tłum, a w IV luzik. Wsłuchując się w komunikaty przekazywane przez obsługę, dowiedziałem się o limitach czasowych wjazdu na pętle GIGA. 2 godziny na pokonanie 26km. Powinno się udać.

 

Punktualnie o 10, spiker kończył odliczanie i padło słowo, na które wszyscy czekali - ?Start". Jak na komendę ruszyli maratończycy, jak i tony wody z ciężkich chmur wiszących od rana nad okolicą. Po pierwszych kilkuset metrach okulary można było zdjąć i odłożyć w bezpieczne miejsce. Niedające się opisać uczucie przemakania pampersa ogarnęło tylną cześć ciała. Woda w butach to przy tym pikuś. Zimno, mokro i jeszcze nic nie widać. Deszcz się skończył razem z asfaltem.

 

ankaPierwszy podjazd, idzie całkiem nieźle. Za mną tylko Land Rover Straży Pożarnej i kilkuset zawodników - dystansu MEGA. Kierowca chyba kolarz, bo siedział na kole przez dłuższy czas czym troszkę irytował. Historia moich startów w Krynicy mówi, że zawsze byłem tu przedostatni. Wyprzedziłem więc jednego zawodnika i od razu poczułem się lepiej.

 

Pod kołami krynickie błoto. Przez deszcz nie kleiło się tak bardzo jak zwykle potrafiło. Powoli, ale ciągle do przodu brnę przez tą maź. Zawodnik przede mną chyba uznał, że jedzie ostatni. Bezstresowo zatrzymał się na środku ścieżki, rozstawiając szeroko dolne odnóża. No @#$%$@# mać, co za człowiek. Po drugim takim zdarzeniu wyprzedziłem go i już mnie nie drażnił.

Na śliskim zjeździe zboczem Drabiakówki i Wierchu też wyprzedziłem kilka osób. Ten, jak i wiele innych zjazdów był dość niebezpieczny z uwagi na duże prędkości, nieprzewidywalne podłoże i błoto lecące w oczy. Ten konkretny, rozjeżdżony przez samochody bardziej przypominał tory kolejowe. Wyjście z koleiny przy większych prędkościach mogło zakończyć się efektowną glebą.

 

Chwila odpoczynku, zjazd asfaltem obok SPA Pani Irenki. Błoto na twarzy jest, prawie za darmo. Asfalt się szybko kończy i zaczyna się podjazd na Jaworzynę. Garmin oznajmia radośnie, że to tylko 5,5km do szczytu. Mijam kolejnych zawodników. Ktoś myje napęd w strumieniu, to zerknę na swój. Aha, wszystko ok, napęd pracuje na krynickim błocie i całkiem dobrze sobie radzi, głównie z zaciąganiem na środkowej tarczy. Kolega, który napęd umył, nie pozbył się problemu. Dalej rower pchał. Tu nie ma dużo błota, bardziej kamieniste podłoże. Idzie całkiem sprawnie. Na szczycie jestem po godzinie i czterdziestu minutach jazdy, a to dopiero 15km całej zabawy.

 

slecTeraz będzie lepiej, będzie zjazd. Nic nie widać, jakiś rów w poprzek stoku wyłania się nagle i tak samo nagle znika zmuszając zawieszenie do ciężkiej pracy. Gdzie ta trasa? O jest, skręca w las, w prawo. Szybko, coraz szybciej i znowu stop. Zjazd pionową ścianą, z czarnego błocka czy innej ziemi. Jest trakcja, można jechać. Tylne koło smyra czasami po pupie, ale da się zjechać. Wyprzedzam kilka osób i słyszę z tyłu ?widzisz, a jednak się da". Miło się zrobiło, duma urosła w mojej skromnej osobie.

 

8 minut za Jaworzyną tj. 2 km dalej i prawie 350m niżej dowiaduję się, że do rozjazdu, pierwszego punktu kontrolnego i jednocześnie limitu czasu mam jeszcze 8km. Ile w pionie już mnie niewiele interesowało. Zmęczony jazdą w dół po błocie i tym czarnym, powoli ruszyłem w górę. Troszkę się w oczach ściemniło, ale zaraz wróciło do normy. Wciągam żela, zgodnie z instrukcją popijam i czekam na efekt. Efekt był, na rozjazd docieram po godzinie i 3 minutach. To już 2:51 od startu. Limit czasu się zmienił, przesunięto go o 1:15, dzięki czemu miałem jeszcze 25 minut zapasu. W sumie nie dziwne. Z rozmowy z obsługa bufetu wynikło, że w wyznaczonym limicie 2 godzin zmieściło się około 30 zawodników z około 120 startujących.

 

Dalej jest zjazd, na który czekałem od zimowiska w 1996 roku. Czarny szlak z Bacówki nad Wierchomlą do samej Wierchomli. Po szybkim posiłku ruszam dalej. Razem z kolegą na ciemnym fulu (marki nie było widać spod warstwy błota) ruszamy w dół. Ubiór jego wskazywał, że lubi on w dół jeździć, ale pojechałem pierwszy. On na kole mi nie jechał, więc raczej mu nie przeszkadzałem. Piękny ten zjazd, miejscami szybki w innych miejscach wymagający precyzji i finezji. Dla tego i jeszcze jednego fragmentu trasy warto było tu przyjechać, do tego w tak doborowym towarzystwie.

 

medykZjazd z Bacówki zajął nam dokładnie 12 minut. 388 metrów w pionie które zaraz z mozołem trzeba będzie wyjechać. W Wierchomli, jakże radosne urządzenie jakim jest Garmin, znowu informuje, że do szczytu pozostało 7,7km. Informacja o przewyższeniu znowu jakoś mnie nie interesuje, ale dla zainteresowanych mogę wpisać, że było to około 540m. Z postojami, większość jadąc, chwilami prowadząc, po godzinie i 24 minutach dotarliśmy do schroniska na Hali Łabowskiej. W międzyczasie, gdzieś z tyłu zaczęło grzmieć. Motywator do dalszej jazdy.

 

Chwilkę dalej drugi (a może trzeci) bufet. Na pytanie obsługi, czy ktoś jeszcze za nami jedzie, nie byliśmy w stanie odpowiedzieć. Prawdopodobnie jeszcze jeden zawodnik. Informacja, że dziś nie ma osoby zamykającej trasę trochę nas zaskoczyła. W perspektywie zbliżających się zjazdów po mokrych, błotnistych, pełnych korzeni i kamieni ścieżkach nie brzmiało to dobrze. Trudno, trzeba jechać. W związku z brakiem zamykacza, wolałem zostać z kolegą, z którym przemierzałem trasę od rozjazdu dystansów. Zawsze to bezpieczniej.

 

piotrek2Drugi fragment, o którym już dawno myślałem w kategoriach rowerowych to odcinek między Halą Łabowską, a Runkiem. Leśna ścieżka, czerwonym szlakiem. Błota było niewiele, korzeni więcej. Mimo zmęczenia przyjemność z tego fragmentu, jak już wcześniej wspomnianego zjazdu do Wierchomli, pozostanie na długo i nawet fakt pierwszego w mojej maratonowej historii DNF tego nie zmieni. Piękny zjazd przerwał na 1700 metrów podjazd pod Runek.

 

bresioGdzieś tu łączyły się trasy Mega i Giga, więc spodziewałem się kogoś spotkać. Po chwili faktycznie dogoniliśmy jednego zawodnika. Zjazd Słotwnińskimi stokami nie był już taki przyjemny. Dużo błota, korzenie i ślisko. Trzeba było się pilnować, ale satysfakcja z utrzymania się na rowerze zostanie. Chwilę później, wyjeżdżając z lasu przy większej prędkości, towarzysza mojego zaatakowała koleina. Tym razem się nie wybronił i niegroźnie, kontrolowanie przybliżył się do podłoża. Ogarnął się szybko i ruszyliśmy dalej.

 

Dojechaliśmy do Krynicy, po przejechaniu 50,5km w czasie 5:39:12 zostaliśmy zdjęci z trasy przez obsługę zawodów. Początkowo trudno było pogodzić się z takim stanem rzeczy, ale po rozmowie i słusznej argumentacji ze strony przeciwnej uznaliśmy wyższość i zasadność takiego postępowania. Kwatera, w której mieszkaliśmy znajdowała się zaledwie 50 metrów od miejsca, w którym zakończyły się zmagania z trasą i swoimi słabościami.

 

Podsumowując:

Mokra, błotnista trasa zebrała swoje ofiary. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jeden z zawodników ścisłej czołówki, Bogdan Czarnota na jednym ze zjazdów połamał kierownicę, a grawitacja razem z pozostałymi twardymi przedmiotami połamała mu obojczyk lub inną część górnej kończyny.

 

Jak już napisałem, mnie z trasy zdjęła obsługa zawodów. Medyk z Łydkiem sami zeszli z trasy. Medyk bez okularów nie widział za dobrze, a powody Łydka, mimo że kilka razy to tłumaczył dalej pozostają tajemnicą.

 

Zdjęcia dzięki uprzejmości:

  • Mariusz Wrona

Film, relacja z maratonu w Krynicy nakręcony i zrealizowany przez portal http://www.velonews.pl

Powerade Suzuki MTB Marathon - Krynica Zdrój 2011 from velonews.pl on Vimeo.

 

Podsumowując:

Mokra, błotnista trasa zebrała swoje ofiary. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jeden z zawodników ścisłej czołówki, Bogdan Czarnota na jednym ze zjazdów połamał kierownicę, a grawitacja razem z pozostałymi twardymi przedmiotami połamała mu obojczyk lub inną część górnej kończyny.

 

Jak już napisałem, mnie z trasy zdjęła obsługa zawodów. Medyk z Łydkiem sami zeszli z trasy. Medyk bez okularów nie widział za dobrze, a powody Łydka, mimo że kilka razy to tłumaczył dalej pozostają tajemnicą.

 

Pozostali zawodnicy PTR, tj. Maniek, Cezary i Piotrek Bogatyrow ukończyli swoje dystanse odpowiednio GIGA i MEGA.

 

Wyniki mówią same za siebie:

Giga:

1 M2 BARTOSZ JANOWSKI Dobre Sklepy Rowerowe - Author 03:53:40

2 M2 Sebastian Swat SWAT Team 03:57:05

1 M3 Tomasz Jajonek Dobre Sklepy Rowerowe - Author 04:03:33

3 M2 Łukasz Szlachta KS Strzyżów MTB Team 04:06:54

2 M3 Jacek Gil Gomola Trans Airco 04:08:11

3 M3 Mirosław Borycki TWOMARK Specialized 04:11:08

...

9 M3 Sebastian Gapiński bydzia power bike team 04:38:52

...

12 M3 Piotr Ślaski (Slec) SCS OSOZ Racing Team 04:52:28

...

19 M2 Mateusz Dudziński SCS OSOZ Racing Team 05:00:31

...

22 M3 Adam Ślązak SCS OSOZ Racing Team 05:33:25

23 M3 Grzegorz Broda SCS OSOZ Racing Team 05:37:37

...

31 M3 Mariusz Maniek Korolczuk PTR Dojlidy Białystok 05:51:14

...

32 M3 Arkadiusz Suś bydzia power bike team 05:52:57

33 M3 Cezary Mirończuk PTR Dojlidy Białystok 05:53:55

...

30 M2 Tomasz Stawiarz bydzia power bike team 06:13:32

...

DNF M3 Tomek Breś PTR Dojlidy Białystok

DNF M2 Rafał Sterbenz SCS OSOZ Racing Team

i jeszcze 14 innych osób

 

 

 

MEGA:

1 M2 Lary Zebatka Rzeszow 02:45:19

1 M3 Dariusz Poroś MTB Votum Team Wrocław 02:50:50

2 M2 Paweł Urbańczyk Dobre Sklepy Rowerowe - Author 02:52:07

3 M2 Paweł Wiendlocha Dobre Sklepy Rowerowe - Author 02:52:17

...

2 M3 Remigiusz Ciok VELONEWS.PL NIEPOKONANI UVEX 02:59:52

3 M3 Andrzej Widziewicz BGŻ WKK Team 03:01:49

...

33 M2 Piotr Bogatyrow PTR Dojlidy Białystok 03:54:10

...

4 K3 Anna Krzyżelewska - Suś bydzia power bike team 04:52:56

...

66 M2 Oskar Kuttner SCS OSOZ Racing Team 05:11:06

...

81 M3 Krzysztof Tomżyński SCS OSOZ Racing Team 05:32:19

...

DNF M3 Paweł Adamski PTR Dojlidy Białystok

i jeszcze 31 innych osób

 

Komentarze  

 
#2 robbi 2011-05-31 23:46
Z jednej strony diabeł myśli: "dobrze że mnie tam nie było :P "
Jednak strasznie żałuje braku tam swojej osoby, tych emocji i uczucia skrajnego wyczerpania połączonego z euforią i szczęściem jakie zapewnić może tylko maraton w górach. :sigh:
fanatyk górskich maratonów - robbi
btw relacja zajebista
 
 
#1 Olo 2011-05-31 21:38
Doskonała relacja! Strasznie mnie korci, żeby w końcu się wybrać...