Powerade MTB Marathon Głuszyca 01.08.2009

rafi_min Głuszyca - małe miasteczko w kotlinie Kłodzkiej. W zasadzie gdyby nie maratony to mało kto wiedziałby o jego istnieniu. Legendy o tym miejscu powstały po pierwszych startach w Bike Challenge. Tym razem drużyna PTR w składzie Żeber, Rafi, Kasia, Medyk, Maniek, Bresio, Krzyś, Stasiej i Olo wybrała się sprawdzić ile prawdy jest w tych legendach. Wiadomo było, że łatwo nie będzie, ale nikogo to nie przerażało...

Wycieczka przez cały kraj, tylko po to żeby pojeździć na rowerach. Samochody spakowane, rowery ściśnięte w bagażnikach i jedziemy. Białystok - Głuszyca, niecałe 650km i niecałe 11 godzin w samochodzie.

Biuro zawodów i start zorganizowane zostały na stadionie w centrum Głuszycy. Tak dobrze znane wszystkim dmuchane miasteczko zapowiadało to co zwykle, 100% mountain bike. Krótka wycieczka do biura zawodów, czytniki dogadały się z numerami startowymi. Cała męska część PTR podświetlona na czerwono - wszyscy jedziemy dystans GIGA. W między czasie do Głuszycy dociera Rafi z Kasią, załatwiają formalności i chwilę później jedziemy rozpakować się, coś zjeść i na małą przejażdżkę.

Zaczyna się, jak to w górach, pod górę. Jedziemy, może troszkę za szybko. Docieramy do trasy maratonu, jutro będziemy tędy jechać, dlaczego nie dziś? Wszyscy podjeżdżają, dalej kawałek zjazdu po luźnych kamieniach i znowu asfaltem pod górę. Gdzieś w okolicach Osówki gubimy trasę maratonu i kierujemy się w stronę biura zawodów. Ciekawy, szybki zjazd. Jedziemy jak wariaci, z Mańkiem, w czubie. Chwilkę czekamy na resztę, dojeżdża Olo, banan na twarzy, podobało mu się, poczuł góry. Dalej asfaltem do biura zawodów i guma? Olo złapał kapcia. Wracamy na kwaterę. Jutro maraton, a dziś mamy wieczór z browarkiem. W między czasie dzwoni Sylwia. Coś im nie wyszło z noclegiem. Wizyta w recepcji i miejsca się znalazły, będzie okazja się poznać.

ptr_i_osozPobudka, jakoś wcześnie. 7:30. Małe problemy ze strefami czasowymi i na śniadanie przychodzimy za wcześnie, a może to śniadanie się opóźnia. Jest jeszcze chwila na grzebanie przy rowerach. Smarowanie łańcucha, przypinanie numerów startowych i można jechać na start. Koledzy z Katowic już są. Bydzi jeszcze nie widać. Ustawiamy się w sektorach. Obok Olo, Stasiej, Rafi, Paweł, będzie fajnie. Fragma, odliczanie i start.

 

Wmawiam sobie, żeby nie cisnąć od początku. Tylko jak tu nie cisnąć jak wszyscy jadą tak szybko. Jedziemy asfaltem, nie jest źle. Zakręt w prawo, na szuter. Garmin przepowiada, że jeszcze tylko 2km i koniec pierwszego podjazdu. Ktoś urywa łańcuch, później się okazało, że to Paweł. Koledzy pocisnęli do przodu, a ja jadę swoje.

Koniec podjazdu, będzie w dół, będzie można troszkę odrobić. Jasne... Droga prowadzi wąskim singlem, trawersem. Ludzie się ślizgają, jedni próbują jechać inni prowadzą. Szkoda, troszkę przeszkadzają ale jadę. Oponki trzymają, jakoś.

krzysRobi się ciekawiej. Błotnisty wąwóz, wyślizgane korzenie i tłum rowerzystów. Dziś nie odpuszczam, jadę. „Uwaga". Korzeń, przednie koło przeszło, tył się uślizną. Dalej w siodle. Z prawej tłum sprowadzających, o Krzyś. Wyprzedzam, tym razem grawitacja w koalicji z innymi siłami kładą mnie na ziemię. Nie szkodzi, jest fajnie. Rower nie ucierpiał, a rany się goją.

Jadę dalej. Doganiam Ola, coś mu sprzęt szwankuje. Walczy z rowerem. Jest jeszcze tłoczno. Nie ma jak wyprzedzać, wąsko na tych singlach, ale mają swój urok. Kolejny podjazd i coś tu nie tak, chyba już tu byliśmy? A może nie. Nie ważne, jest w dół, luźne kamienie, trakcja troszkę mniejsza niż zwykle, ale za to większa frajda. Doganiam Medyka. Chwilę jedziemy razem. Kawałek asfaltowego zjazdu i znowu pod górę.

zeberPoczątek z buta, ale nie dużo. Wsiadam i jadę. Wyprzedzam spacerowiczów, dziwne to uczucie, zwykle to ja spaceruje. Kilka agrafek i zaczyna się długi singiel. Gdzieś z przodu grupka, którą mam zamiar dogonić, z tyłu nikogo. Jest gorąco, ale w lesie nie czuć tego tak bardzo. Droga prowadzi ciągle, lekko pod górę. Poprzecinana tysiącami korzeni, co dla mnie nie stanowiło problemu. Raz za razem słychać tylko radosne posykiwania tłumików wybierających to wszystko za mnie. Pięknie jest. Doganiam tą grupkę i ciągnę się na jej końcu.

To chyba kojarzę, czyżby to ten zjazd? Tak, to ten. Kilka osób prowadzi rowery. Zawodnik jadący przede mną zwątpił, zjechał na lewo, to została mi tylko opcja po prawej. Nie wiem jak to się stało. W głowie tylko myśl, że będzie bolało. O zatrzymaniu się nie ma mowy. Chyba były tam korzenie i ślisko. Dupa za siodłem, cała reszta to już tylko odruchy. Skąd palce u rąk wiedziały kiedy i ile przycisnąć, a ile odpuścić? Tego nie wiem. Zatrzymałem się na dole. Popatrzyłem do tyłu. Gdzieś 30 metrów dalej, ten sam zawodnik zastanawiał się, jak zejść, żeby nie spaść. Adrenalina strzeliła, aż ręce się trzęsły. Nie ma co, jadę dalej.

Zjazd za choinką, po luźnych kamieniach. Pewnie, że próbuję. Klika ciasnych zwrotów, w zasadzie rower jedzie jak chce (tylko kto chce, ja czy on?) Doganiam Medyka, prowadzi. W sumie ja też. Zablokowali mnie. Ale ten próg jeszcze zjadę. Wsiadam, jadę, próg, hamowanie, zakręt w prawo, jakiś zawodnik, więcej hamowania, leże. Miękko weszło, tylko siniak pod kolanem. Medyk mówi, że bez sensu była ta próba, bo tego się nie dało zjechać. A jednak się dało, prawie :)

maniekJadę dalej, znowu lekko pod górę. Doganiam Mańka i zaczynam się zastanawiać, o co chodzi? Przede mną już tylko Rafi i Żeber. Coś tu jest ewidentnie nie tak jak powinno. Maniek ma zły dzień. Noga mu nie podaje. Wyprzedzam, niech walczy. Coś mi tam zabulgotało w środku. Oj. Cała koncentracja poszła w... las. Maniek mnie dogonił, a ja udałem się na wiadomo co pod drzewem. Wszystko przez nie umytą rurę od bukłaka, ehh.

Jadę dalej. Medyk też mnie wyprzedził, chwilę dalej podejście. No to lazę z tym żelastwem na górę. W głowie tylko myśl, zjeść żela, czy nie zjeść? A jak wróci, to szkoda będzie. To może później. Myślenie o żelu przerywa Krzyś. Lezie gdzieś za mną, woła, żeby poczekać. To czekam. Dalej jedziemy razem.

Mijamy plażę, stary kamieniołom. Piękne miejsce. Pionowe skalne ściany dochodzą do powierzchni wody. Wjeżdżamy kawałek pod górę i widok jest jeszcze lepszy. W dole ktoś pływa, a w tle kilkadziesiąt metrów pionowej skały. Ale trzeba jechać dalej. Polnymi drogami zjeżdżamy do Głuszycy. Dogonił nas Paweł i na bufet w dojeżdżamy razem. Trzeba się najeść. Została ta łatwiejsza technicznie cześć trasy, za to z Sową.

Paweł jedzie, my z Krzysiem zostajemy na dłuższy posiłek. A co, wciągam żela, został. Sytuacja się pogarsza, mijamy właśnie dmuchane miasteczko zawodów. Na mecie są już zawodnicy z Giga, słychać dekorację zwycięzców dystansu MINI, a przed nami jeszcze 40km trasy. Olo radośnie po kilku browarach próbuje nas dopingować. Dobrze, że w ryj nie dostał ;) Jest gorąco. Po lewej mijamy stawy, w których kąpią się tłumy ludzi korzystając z normalnej soboty. I te dziewczyny w strojach kąpielowych. Może by zostać? Ta myśl trwa chwilę i równie szybko jak przyszła zostaje odrzucona.

rafiJadę sam, Krzyś został z tyłu, ale wiem że dojedzie do końca. Jadę swoje i kawałek dalej doganiam Pawła. Jedziemy razem, znowu bufet. Wiem co nas czeka, jem troszkę więcej. Prewencyjnie uzupełniam bukłak wodą. Znowu gonie Pawła. Ten sam podjazd, co wczoraj wszedł tak łatwo, dziś już nie jest taki miły. Idę z buta, a co. Chwilę po zjeździe zaczyna się podjazd, jeden z ostatnich już dziś, na Sowę. Troszkę piechotą, ale nie daleko i dalej w siodle. Doganiam kogoś, chwilę jedziemy razem, ale co to, dlaczego, jak to, po co jechać w dół. Przecież Sowa jest tam, w lewo. Ehh, jadę.

Kolejny podjazd, szeroka droga, fajnie bo da się jechać, ale nudno. Skończyła się, dalej już tylko kamienie, 2km kamienistej drogi na szczyt.

Udało się, na górze pomiar czasu i Vena z wodą i Powerem. Popijam. Fotograf robi nieciekawą miną na mój widok. Po leśnej przygodzie moja pewnie jest niewiele lepsza. Kamienisty zjazd daje mi pewną przewagę. Cisnę samym środkiem gruzowiska i po chwili doganiam dwóch zawodników. Zjazd się kończy i moja przewaga też. Nie jest tak źle. Pod górę też idzie całkiem sprawnie.

Jedziemy razem z Pawłem, gadamy o różnych rzeczach, ślubach, pracach magisterskich i innych pierdołach. Kolejny zjazd, rozluźnić się i w dół. Kamień, korzeń, po bandzie, tu wyskoczyć, tam przyhamować i pięknie to działa. Radość jest, mimo potwornego zmęczenia.

Jeszcze tylko ostatnie podejście po trawiastym zboczu i dalej do mety już na kołach. Jeszcze tylko jeden bufet i test przygotowania obsady bufetu. „Ile do mety?" Cztery osoby jednocześnie odpowiadają „7km". Nic dodać, nic ująć.

medyk Szybki ten ostatni zjazd, znowu luźne kamienie, ale to nic. Do mety już nie daleko. Jeszcze tylko kilkaset metrów pod górę, i polami w dół do mety. Pomiar czasu i talonik na makaron. Chwilę gadam z Bydzią. Pakują się i wyjeżdżają już dziś. A my w końcu nie, zostaniemy i będziemy się dobrze bawić.

Zjeżdżam do dmuchanego miasteczka. Dekoracje dawno się skończyły, w zasadzie pustawo tylko drużyna siedzi w umówionym miejscu. Za chwilkę dojeżdża Krzyś. Na trasie został Stasiej. Troszkę się martwimy, ale przecież On się nie poddaje. Dłuższa chwila i dojeżdża do nas. Makaronu nikomu nie zabrakło. Wszyscy dojechali, wszyscy w miarę cali, kolejny raz wygraliśmy z górami.

Obiadokolacja była rewelacyjna. Pomidorowa z makaronem, czego więcej potrzeba? Wiadomo, gorzkiej żołądkowej. Przed tym jeszcze tylko spotkanie z trzema zawodnikami z Katowic i można się zrelaksować dyskutując o wyższości izraelskiego żołnierza do zadań specjalnych nad bokserem. I tak wygra facet z kałasznikowem.

W niedziele rano pakowanie i wracamy do domu. Cały dzień w samochodzie. Dobrze, że klima działa, na zewnątrz 34 stopnie, w środku 20. Kolejny raz cało i szczęśliwie udało się wrócić z maratonu 100% mountain bike.

Oficjalne zdjęcia z maratonu

Wyniki

Track GPS dla dystansu GIGA 

Komentarze  

 
#5 robbi 2009-08-11 21:17
Stasiej ubezpiecz się nim umówisz się z tymi tu w/w osobnikami :D / Babciu, Babciu kup mi "fula" :zzz / Super relacja / Gratulacje i kondolencje dla Ola oczywiście. Ja urżnąłbym się zapewne w trupa w ramach ubolewania nad złamanym hakiem
 
 
#4 Maniek 2009-08-11 17:38
musisz sie troche podszkolic w obsludze roweru :-) mozemy przygotowac z Bresiem jakis szybki kurs podjezdzania i zjezdzania a pozniej to juz tylko bedzie czysta radosc z takich gorskich maratonow :-)
 
 
#3 Stasiej 2009-08-11 15:14
Dodam jeszcze w dojeździe najlepsza była Wielka Improwizacja Żebra, biorąca początek się od pieszego w słuchawkach na przejściu w Warszawie, a kończąca się na porannym boksowaniu teściowej :zzz Opowieści okołomaratonowy ch moc w takiej ekipie :-)
 
 
#2 Stasiej 2009-08-11 15:05
No niezły ten maraton.. Przez pierwsze 30 km jadąc / idąc jego trasą zastanawiałem się kto tutaj w ogóle rowerzystów puścił, trasa nieprzejezdna (jak dla mnie), były i takie zejścia że tylko zastawienie się z przodu rowerem w poprzek pomagało by się nie stoczyć, na najostrzejszym fragmencie etapu wiodącym granicą polsko-czeską zdarzyła się z kolei konieczność wczołgiwania się pod górę ciągnąc za sobą rower po ziemi :D Zbyt późne załapanie odpowiedniego nastroju - i czas przekroczony (9:09), fajnie że GG przedłużył ostatecznie limit o godzinę :-) W Nidzicy na odwrót - trasa przejezdna, wyposażona w przyjemnie wchodzące górki, pozwalająca usiedzieć ją na rowerze, i skupić się na ciśnięciu. Jak na razie jeszcze nie jestem przekonany do wyższości maratonu pokonywanego po części wymuszonym marszem a po części w siodle, w zamian za dużo okazalsze wrażenia i satysfakcję z ukończenia.. Ale może do tego trzeba dojrzeć ;-)
 
 
#1 Olo 2009-08-11 12:46
Nie ma to jak przejechać całą Polskę, żeby napić się piwa w Biurze Zawodów w towarzystwie jadących dystans Mini zawodników Schenker Team (pozdrowienia!) . Za Warkę płaciłem MasterCard, miny uczestników MTB Marathon gdy patrzyli na moją koszulkę "Maratony z Charakterem" - bezcenne 8)